RSS
 

37. Spójrzmy prawdzie w oczy

08 lut

Tutaj też postanowiłam dodać nowy rozdział. Większa szansa, że ktoś zobaczy.  Przypominam o przeniesieniu bloga na nowy adres, drogie zagubione duszyczki.
Kursywą zapisane są odniesienia do poprzednich rozdziałów.

*~*~*

Patrząc na ziemię, widziałem jak od moich stóp odchodzi cień, który jakby rozlewał się po podłodze. Świecące się na korytarzu światła przenikały przez szybę, wdzierając się do twojego pokoju, pomagając aparaturze i ulicznym światłom zza okna trochę go oświetlić. Uniosłem opuszczoną głowę i spojrzałem na twoje powieki z dziwnym przeczuciem w głowie. Zupełnie jakbyś zaraz miała otworzyć oczy. Ale tak się nie dzieje.
Jesteś idiotką, Susan – z tą myślą w głowie zacząłem odchodzić i coraz bardziej się od ciebie oddalać. Opuściłem szpital i skierowałem się w stronę wieży. Wiadomość od ciebie wciąż dręczyła mój zagubiony umysł.

***

Bestia wyszedł ze szpitala, nawet się nie odwracając. Wsiadł do taksówki i z nosem przyklejonym do zimnej szyby obserwował mijane samochody. Był zbyt zmęczony, by użyć własnych mocy. Przerastała go cała sytuacja i czuł się przytłoczony presją, jaką inni wywierali na niego. Najpierw praca. Jako jedyny z mieszkańców Wieży nie zarabiał. Żył kosztem innych i czuł się z tym źle. Chociaż nigdy nie usłyszał bezpośredniej uwagi, widział ukradkowe spojrzenia w jego stronę, gdy temat przy wspólnych obiadach schodził na pracę i słyszał ciche narzekanie.
Przyjrzał się swojemu odbiciu w szybie. Zielone włosy, których końcówki wpadały mu do oczu, sierść na ciele w jaśniejszym odcieniu, odstające szpiczaste uszy, które próbował ukrywać pod kapturem. Jak ktokolwiek mógł przyjąć go takiego do pracy? Do społeczeństwa?
Czy to jego wina, że został wynaturzeniem?

***

Jinx usłyszała kroki na korytarzu. Raven schodziła z dachu po medytacji, więc niedługo wyjdzie. Następna będzie Terra i wieża niemal całkowicie opustoszeje. Zostanie Jinx i Bestia, który był wyjątkiem i nie miał żadnej roboty. Miał kompleksy ze swoją skórą, poza tym nigdzie by go takiego nie przyjęli. W cyrku co najwyżej. Nie, żeby mu to jakoś specjalnie przeszkadzało. Mógł się wylegiwać w łóżku do południa, by następne pół dnia spędzić przed ekranem, nabijając levele. Chociaż coraz częściej zaczął kręcić się bez celu po budynku.

***

Później dostał ten przeklęty telefon od policji. Nie pierwszy raz się zastanawiał, dlaczego Cyborg wpadł na ten super-genialny pomysł podania policji ich stacjonarnego numeru. Mówił, że to w ramach ułatwienia; że główny alarm Wieży może się nie włączyć, gdy ktoś będzie ich potrzebować; że będą mogli współpracować z policją i dzięki temu szybciej rozwiążą sprawę.
Gówno prawda, prychnął Bestia. Wcześniej wcale tego nie potrzebowaliśmy. Alarm działał bez zarzutów, a żaden detektyw ze wszystkich komisariatów w całym Jump City nie mógł dorównać Robinowi.
Tylko że jego już nie było. Ktoś inny przybrał to imię i kto inny stoi na straży porządku, ubrany w czerwono-zielony strój.
Dawny Robin odsunął się od nich, zmieniając imię i miasto. Teraz był Nightwingiem.
– Myślę, że chciał się usamodzielnić. Pokazać swojemu mentorowi, na co go stać w pojedynkę.
Raven powiedziała tak Garfieldowi pewnego dnia, gdy tęsknota za dawnym liderem była zbyt wielka i siedział samotnie ze szklanką piwa przy kuchennym stole. Powinien się wtedy zachowywać jak dorosły i nie płakać, jakby Richard odszedł z ich świata na zawsze.

***

– Skąd wiedziałeś? – zapytała. Miała ładny głos, niepasujący do roli płatnego zabójcy, ale była tak zdenerwowana, iż myślałem, że zacznie piszczeć.
– Nie wiedziałem – odparłem zgodnie z prawdą. – Wysłali mnie do Wyposażonej, nie spodziewałem się zastać tutaj ciebie
Wysłali mnie do psychicznie chorej Wyposażonej. Naprawdę jest z nią aż tak źle? Za czasów, gdy należała do Tytanów, nie wykazywała żadnych objawów. Co na nią wpłynęło? Własna moc, praca czy Deathstroke?

***

Doznał poważnego szoku, gdy wszedł na salę szpitalną i zobaczył tam Susan. Była tak wychudzona, że niemal tonęła pośród białej pościeli. Wyglądała na śmiertelnie przerażoną nagłym pojawieniem się Bestii. Gar przyglądał się wtedy dokładnie jej ciału. Ubrana w szpitalną koszulę, z podpiętą kroplówką i obandażowanymi ramionami. Słyszał od pielęgniarek, że próbowała rozdrapać sobie żyły paznokciami.
Zacisnął pięści. Była taka krucha i delikatna. Powstrzymał się tam przed podejściem do niej i przytuleniem jej. Przed pogłaskaniem jej pięknych, długich włosów i zapewnieniu, że już wszystko dobrze. Że ktokolwiek doprowadził ją do takiego stanu, będzie musiał zapłacić za swoje czyny, a on – Garfield – osobiście tego dopilnuje.
Pamiętał jednak, kim była i co zrobiła. Pamiętał, że obiecał się zemścić za śmierć Starfire. Leżąca przed nim osoba była poszukiwaną kryminalistką i należało ją aresztować, a za wszystkie jej zbrodnie należała jej się kara śmierci.
Pamiętał też, że Susan była jego drogą przyjaciółką. Spędzali razem radośnie czas, przekomarzając się ze sobą i wspierając się w trudnych chwilach.
Właśnie dlatego zabrał ją do Zatanny. Wywinęli się policji, zapewniając ich, że teraz Tytani zajmą się tą Wyposażoną. Zabrał ją tam, w nadziei, że uda mu się choć na jakiś czas ukryć Susan przed światem. Myślał, że będzie u niej bezpieczna.
Jednak nie była. Została skrzywdzona. I to była jego wina.
– Przepraszam – Bestia odezwał się zachrypniętym głosem do kierowcy taksówki. – Czy mógłby jechać szybciej? Trochę się śpieszę.

***

Zatanna była jedyną osobą, która mi przyszła do głowy. Wiedziałem, że gdyby się zgodziła, mogłaby przenocować Susan – mieszkanie, które wynajmowała, niegdyś należało do Rachel. Jedynie jej niechęć do blondynki była problematyczna. Wszyscy Tytani, łącznie ze mną, oskarżali ją o śmierć Starfire, jednak chciałem jej pomóc, ze względu na dawną przyjaźń.
– Nie będę ukrywać w domu kryminalistki – głos młodej Zatary aż ociekał jadem. Jak mogłem ją przekonać? Na czym jej najbardziej zależało? Myśl, Bestia, rusz w końcu głową!
– Umówię cię z nim – powiedziałem nagle. Zamrugała oczyma. – Umówię cię z Graysonem.
Na twarzy czarodziejki malowały się różne ekspresje. Westchnęła ciężko, wyciągnęła z kieszeni klucze i rzuciła mi je.
– Tylko jedna noc. Potem nie chcę jej nigdy widzieć na oczy

*~*~*

Deathstroke mknął przez autostradę z Gotham w kierunku Jump City. Choć godzina była późna, a na jezdni tłoczyli się ludzie wracający do domów, jemu nie przyszło do głowy zwalniać. Miał zbyt mało czasu.

W mieszkaniu Slade’a pojawił się White, wchodząc bez pukania do środka i zostawiając mokre ślady na kafelkach w przedpokoju. Stanął przed wgapionym w telewizor Wilsonem.
– Odsuń się – warknął mężczyzna. – Zasłaniasz mi.
White spojrzał na niego bez cienia emocji. Niegdyś Susan, gdy jej moc była w pełnym rozkwicie, stworzyła White’a jako swojego przyjaciela i obrońcę, na wzór dawnej szkolnej miłości. W miarę upływu czasu stawała się coraz silniejsza, a on wraz z nią. Uzbroiła go w jego własne moce, kształtowała jego charakter i zawierzyła mu całe swoje życie.
Ale on nie istniał na prawdę. Posiadał serce i inne ważne narządy, potrzebował jedzenia i snu, jak każda inna osoba – jednym słowem, był nie do odróżnienia od normalnego człowieka. Jego rany regenerowały się jednak znacznie szybciej, psychika również była na wyższym poziomie – jego gwałtowne emocje szybko się uspokajały, rozumiał pojęcie życia i śmierci znacznie inaczej od innych, nie czuł też wyrzutów sumienia przy różnych ordynarnych pracach, takich jak tortury czy zabójstwa. Wystarczyła też jedna myśl Susan, by zniknął.

***

Podszedł do niej z przerażeniem wypisanym na twarzy i pomógł wstać. Natychmiast przylgnęła do niego całym swoim ciałem. Spojrzała nań złotymi oczami.
– Kochasz mnie? – zapytała. Jednak nie zbiło go to z tropu. Prawdę mówiąc, przyzwyczaił się do tego pytania. Do zachowania Susan również. Miał na to dużo czasu.
– Pamiętasz, co ci powiedziałem, gdy pierwszy raz się spotkaliśmy? – szepnął, gładząc jej lśniące włosy.
– Pamiętam – burknęła.
– Jestem jedynie wytworem twojej wyobraźni. Nie potrafię cię kochać.

***

Spojrzał kątem oka na chłopaka, siedzącego wygodnie w fotelu i udającego, że czyta gazetę.
– Ten gówniarz mógłby się w końcu do czegoś przydać – warknął.
Nastolatek powoli uniósł wzrok znak druku.
– Mam zadbać o jej bezpieczeństwo. W razie potrzeby oddam za nią życie. Nigdzie nie było powiedziane, że mam jeszcze zmywać te pieprzone naczynia i wynosić śmieci.
Wilson zaklął głośno, a White jak gdyby nigdy nic przewrócił stronę.

White sięgnął po pilota, leżącego na szklanym stoliku i wyłączył telewizor. Slade podniósł na niego zimny wzrok, prostując się na kanapie.
– Kim jesteś, żeby wchodzić do mojego domu i się w nim rządzić? Oddaj mi pilota.
Brunet rzucił trzymany przedmiot z trzaskiem o podłogę. Miał naprawdę dość arogancji tego mężczyzny. Wilson przychodził raz na ruski rok do mieszkania Susan i udawał przykładnego ojca, którym nigdy nie był. To White zawsze się nią zajmował. Prał jej rzeczy, przygotowywał posiłki, pilnował, by brała leki, sprzątał, mył, pocieszał i wspierał, dotrzymywał towarzystwa. Jednak z Susan zaczęło się robić coraz gorzej. Jej psychika była na skrajnym wyczerpaniu. Istnienie White’a było zależne od jej stanu emocjonalnego i widząc ją roztrzęsioną, skuloną i cicho skomlącą pod kołdrą, nie mógł nic zrobić.
Był bezużyteczny. W końcu był istotą podtrzymywaną tylko dzięki sile jej umysłu.
– Susan zniknęła.
Slade wbił w niego uważne spojrzenie, nie odzywając się jednak ani słowem i dając tym samym nastolatkowi znak, by mówił dalej.
– Gdy pojawiłem się w domu, nie było jej tam – kontynuował White. – Leki leżały rozsypane po stole, a klucz zostawiony był w drzwiach. Poszedłem jej szukać, czułem, że coś było nie tak. Wiesz, że ostatnio zaczęła wchodzić mi do głowy, przez co słyszę jej myśli, nie? Wciąż powtarzała „zamknij się” jak mantrę, jak zaklęcie, a ja…
– Do rzeczy – przerwał mu Wilson.
– Była na cmentarzu. Zemdlała i zabrała ją karetka. Więcej nie wiem.
Slade podniósł się gwałtownie i jednym ruchem przewrócił stolik do kawy. Oddychał szybko i zaczął krążyć niespokojnie po pokoju, chwytając się za włosy i nerwowo pocierając twarz.
Złapał White’a za kołnierz przemoczonego płaszcza i zmusił go do stanięcia na palcach. Ledwie powstrzymywał się od uderzenia go, od wykręcenia mu wszystkich kończyn i uduszenia go gołymi rękoma.
– Kurwa, nie mogę – wycedził. – Kiedy to było?
– Niedawno, może z godzinę tutaj. Przyszedłem tutaj od razu po zajściu.
– Było iść za nią, skończony idioto! – wrzasnął Slade, chwytając jedną ręką gardło White’a i naciskając na nie. – Moja córka jest twoim jedynym powodem istnienia. Żyjesz tylko dlatego, że ona tak chce, rozumiesz? Sam nie miałeś robić niczego, kurwa niczego, poza chronieniem jej i pilnowaniem, by sama nie wybrała śmierci. Nawet tego nie potrafisz zrobić, bezużyteczny gówniarzu? Posłuchaj mnie uważnie, dobra, bo nie będę się powtarzać. Jeśli nie znajdziesz jej w ciągu 24 godzin dopilnuję byś nigdy nie ujrzał światła dziennego, niezależnie od tego, czy ona tego chce, czy nie. Czaisz?
Wilson puścił jego gardło i odepchnął od siebie nastolatka, który zatoczył się do tyłu, krztusząc się i walcząc o oddech.
– A ty… – odkaszlnął. – Ty nie zamierzasz nic zrobić?
– Żartujesz sobie ze mnie? – Slade uniósł brwi do góry. Stał już w przedpokoju, nakładając buty. – Mam mnóstwo kontaktów. Nie zamierzam siedzieć bezczynnie, gdy moja córka jest w niebezpieczeństwie.
Narzucił płacz na ramiona, wybrał jeden z zapisanych w telefonie numerów i wyszedł na zewnątrz.
Zaś White wypuścił długo wstrzymywane powietrze. Odprowadził oddalającego się mężczyznę wzrokiem i modlił się, by jego troska o Susan nie była na pokaz.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii 2 years later

 

# Przenosiny

27 sty

No więc, nie przedłużając, nie robiąc zbędnej resuscytacji tego bloga… Bo jak wszyscy wiemy, Onet już całkiem ześwirował.
Przeniosłam wszystkie posty na nowego bloga i to tam ukaże się długo wyczekiwane zwieńczenie (wytłumaczenie co Susan odwaliła w ostatnich rozdziałach) całej historii. Z małą nadzieją na remake lub coś całkiem innego


http://we-cannot-exist.blogspot.com/

Zapraszam

 
 

# Cezar rzekł: „Wyprowadzić lwy!” czyli…

19 sty

…czyli tytuł bez sensu
…czyli jak się wiodło jakieś zapomnianej przez świat młodocianej pisarce przez ostatni rok

Cóż, generalnie to mam nadzieję, że ktoś to kiedyś przeczyta, mimo że nie było ode mnie odzewu przez jakieś pół roku, a ostatni rozdział opublikowałam dokładnie 374 dni temu. Ups trochę. Można powiedzieć, że obchodziliśmy niedawno okrągłą rocznicę porzucenia bloga :v Nasza kochana Rejczel mi przypomniała o tym. (btw fandom TT jest trochę wymarły czy mi się wydaje?)

Można powiedzieć, że zupełnie porzuciłam bloga i fandom Młodych Tytanów. Skasowałam z laptopa wszystkie arty, które wcześniej mogłam przeglądać godzinami i wymyślać do nich własne historie zamiast spać. Usunęłam również wszystkie zapiski dotyczące bohaterów i fabuły, wersje robocze i zaczęte rozdziały. Bolało mnie to bardzo przez długi czas, ale tylko tak mogłam całkowicie oczyścić umysł. Plus potrzebowałam wolnego miejsca na dysku XD

Uwierzycie, że to już cztery lata? Śmiać mi się chce jak sobie przypomnę same początki, kiedy byłam zupełnie zielona w tym co robię i te pierwsze rozdziały, pisane z tyłu zeszytów na najnudniejszych lekcjach. Przez cały ten czas przechodziłam lepsze i gorsze momenty, ale ostatnio pamiętam tylko te drugie. Wszystko odbijało się na głównych bohaterach, a jakże. Brutalnie zabiłam Starfire, a z Susan zrobiłam jakąś chorą psychicznie psychopatkę, po czym też zabiłam XD

Ekhem, no więc ostatnio jakoś zbieram się do kupy, zaczęłam nawet na nowo coś pisać, ale głównie param się korektą opowiadań na watt. Moją miłością przez dwa lata stał się fandom chińskich bajek. Poznałam dzięki temu mnóstwo wspaniałych ludzi, kilka z nich nawet udało mi się spotkać, uwierzycie w to? XD Można powiedzieć, że dochodzę do siebie. Nabrałam też, wydaje mi się, jakiegoś dystansu do siebie irl i w internecie. Ikr, nadal jestem sztywna, co? Dlatego właśnie piszę długą oficjalną mowę…. aaaaach Susan, co z tobą, ogarnij się.

Przechodząc do kolejnej części programu: strasznie dziękuję wszystkim, którzy wspierali mnie przez prawie 3 lata(nie licząc kilkumiesięcznych przerw) mojej działalności jako Susan. Jestem bardzo wdzięczna za wszystkie rady, wskazówki, wsparcie jakie od was otrzymałam. Nawet jeśli nigdy tego nie przeczytacie, dziękuję.

Zaś co do samego bloga… będzie sobie istniał gdzieś tam w internecie tak jak zawsze. Wiem, że okropnie namieszałam z historią. Urwane wątki i zaczęte z dupy nowe historie to tylko początek góry lodowej, jaka tworzyła się przez cały ten czas.
Powinni mi zabronić zarywać nocki i potem zasypiać podczas jazdy. Myślę… nie, jestem pewna, że teraz wiem, jak to skończyć. Napiszę coś, obiecuję. Tym razem na pewno wyjaśnię wszystko. Albo prawie wszystko, to zależy ile mi się uda.

 
Komentarze (7)

Napisane w kategorii Notki okolicznościowe

 

# INFORMEJSZYN

04 maj

Eeem, słychać mnie?

OŚWIADCZAM, IŻ Z POWODU BRAKU MOTYWACJI I CHĘCI BLOG ZOSTAŁ ZAWIESZONY NA CZAS NIEOKREŚLONY, CZYLI PRAWDOPODOBNIE NA ZAWSZE.

Co zresztą widać od początku roku meh.

Finisz, finito, owari, ende, the end, koniec.

Przykro mi. To dalej nie wypali. Przestałam się też udzielać na innych blogach, ale chcę wrócić do czytania i komentowania. Niestety moje obietnice wyglądają jak wyglądają. 

┬┴┬┴┤(・_├┬┴┬┴

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Notki okolicznościowe

 

36. Nigdy się nie dowiesz, jak bardzo cię nienawidzę

10 sty

PADAM NA TWARZY I PRZEPRASZAM WAS NA KOLANACH! WYBACZCIE!
*~*~*

>>TYDZIEŃ PO WYBUDZENI SIĘ ROBINA ZE ŚPIĄCZKI (3 MIESIĄCE PO ŚMIECI STARFIRE)<<

Azarathka unosiła się nad posłaniem, szepcząc pod nosem tylko sobie znane zaklęcia. W tej chwili nic nie mogło wytrącić jej z tego stanu. Była tylko ona, ciemna przestrzeń, w której zamknęła swój umysł oraz… Coś stuknęło za drzwiami. Zignorowała to i kontynuowała medytację. Dźwięk powtórzył się. Otworzyła jedno oko, patrząc z zrezygnowaniem na drzwi i w końcu dała za wygraną. Wychyliła głowę na korytarz i ujrzała… nic do odchodziłoby od normy. Niemal westchnęła na głos zawiedziona. Po ostatnim ciągu nieoczekiwanych zdarzeń, Raven nieco brakowało dreszczyku emocji i podniecenia, jakie się wiązało z rosnącą adrenaliną.
Przewrócona miotła i Bestia, który właśnie rozmasowywał tyłek po upadku. Szybko zauważył dziewczynę.
– Ah, Raven! – wydawał się szczerze zaskoczony obecnością czarownicy w innym miejscu niż jej własny pokój. Następnie wydał z siebie potok chaotycznych słów. – Cześć, znaczy się… ten tego, jednak tylko cześć.
– Co ty robisz? – zapytała, udając brak zainteresowania, choć tak naprawdę chciała jedynie zabić czas.
– Szłem właśnie do Robcia.
– Nie „szłem”, tylko szedłem, poza tym – dlaczego?
– No bo tego… – podrapał się z zakłopotaniem po tyle głowy, tarmosząc swoje zielone włosy. Wstał na równe nogi, bo nadal siedział przy tej głupiej miotle, i oświadczył dobitnie – chcę go wyciągnąć z pokoju,
– I z czego się cieszysz? – zgasiła go Raven. Nie wątpiła w to, że lider przesiaduje w swojej samotni jak jakiś asceta, nie oponowała również za postanowieniem zielonej małpy. Jednak uważała, że Robin właśnie teraz, gdy wybudził się ze śpiączki i przeżywał wieść o śmierci Star, potrzebował pracy, która zajmie go całkowicie. Nie dręczyły go przynajmniej wyrzuty sumienia, bo inaczej czułaby negatywną aurę, wylewającą się z jego umysłu.
Oboje odwrócili się, gdy usłyszeli jak otwierają się drzwi. Z łazienki, umieszczonej naprzeciwko pokoju Robina, wyszedł Cudowny Chłopiec we własnej osobie, z mokrymi włosami opadającymi na czoło. Ręcznik miał przerzucony przez kark i kropelki wody wsiąkały w materiał.
Ręka Bestii uniosła się do góry i zasłonił nią oczy Azarathki. Robin miał na sobie tylko bokserki.
Półnagi pomocnik Sami-Wiecie-Kogo przybrał zażenowany wyraz twarzy, widząc jak dwójka jego przyjaciół zasłania sobie nawzajem oczy. Pognał do swej jaskini samotności, wsunął na nogi pierwsze lepsze dresy i nałożył czarną maskę na oczy. Kiedy znów wyszedł, Raven zdążyła się już zmyć i został sam zielonek.
– Żyjesz – stwierdził BB. Mistrz dedukcji. – Czyli się udało.
Chciał powiedzieć coś jeszcze, jednak przerwał mu w tym poważny ton głosu lidera. Bestia zastanawiał się jak on może tak szybko zmieniać nastawienie i emocje.
– Zawołaj wszystkich do salonu, chcę wam coś pokazać.
Musiało chodzić o coś grubszego od tajemnicy znikającego ciasta z piekarnika. Zielony posłusznie zaczął zwoływał członków drużyny, a Raven dreptała za nim (niechętnie), by nadać poleceniu wiarygodności.
W końcu wszyscy zebrali się w umówionym miejscu, wyrwani od obowiązków, brakowało tylko lidera. Ten jednak wszedł do salonu chwilę później, taszcząc na rękach wielkie pudło.
Postawił je z łoskotem na stoliku.
– Co to jest? Po to nas tutaj zebrałeś? – Cyborg wypowiedział na głos to, co inni mieli na końcu języka. Fakt, że Robin zaczął pracować, nikogo nie dziwił, w końcu był nieuleczalnym pracoholikiem, jednak to dość niespodziewane by dzielił się jej wynikami w ten sposób. Zwykle, gdy oświadczał, że udało mu się rozpracować plan siatki przestępczej był w trakcie posiłku i między kęsami opowiadał o szczegółach.
Raven pierwsza wzięła do ręki chude akta, leżące na wierzchu i spojrzała na pierwszą stronę. Była to kartoteka. Zdjęcie przedstawiało niezbyt przyjaźnie uśmiechniętą blondynkę, mrużącą wściekle oczy. Przedstawiało Susan.
– Robin… – zaczęła wolno. – Co to ma znaczyć?
– Ukrywałem to przed wami z różnych powodów, jednak czas by prawda ujrzała światło dzienne.
Faktycznie, wydawała się nieco podejrzana. Rachel zawsze była ciekawa, skąd ma takie możliwości, czy wiedzę, ale żeby posuwać się do tego stopnia…
– Jesteś pewien tych informacji? – zapytała, chociaż wiedziała, że tak. Robin nigdy nie przedstawiał czegoś, czego nie był pewny. Przewróciła stronę. Mimo wszystko to było irracjonalne. Taka młoda osoba i tyle zbrodni…
Beast Boy wyrwał młodej Azarathce aktówkę i zaczął czytać. Pozostali siedzieli jak na szpilkach, czekając na jego reakcję. Słusznie się obawiali.
– Co ty pierdolisz?! – zerwał się z miejsca i cisnął dokumenty na podłogę. – Jakie morderstwo? Liczba ofiar 57? Jak jedna osoba mogła zabić tyle osób w jedną noc? Jaki kurwa Slade Wilson?!
Prawdopodobnie jeszcze nigdy nie widzieli Bestii tak zdenerwowanego. Jednak gdy usłyszeli to imię, sami poczuli, że naprawdę coś jest nie tak. Terra powoli sięgnęła po wypchaną teczkę, za nią Cyborg i reszta. Zapadła grobowa cisza, przerywana tylko dźwiękiem przerzucanych kartek.
Raven pociągnęła BB w dół i posadziła go z powrotem .
– To wszystko prawda? – spytał Kid Flash. Robin znów potwierdził skinieniem głowy. – Wiedziałem, że coś było z nią nie tak.
– Nie uważasz, że ojcostwo Slade’a należy poddać dyskusji? – wtrąciła się różowowłosa czarodziejka.
– Jakiej dyskusji? Masz tu fakty czarno na białym, Jinx! Tak mi się wydawało, że widziałem Susan w podobnej sytuacji, ale nigdy nie miałem okazji się upewnić, myślałem, że tylko mi się zdawało.
Wally trzymał w rękach teczkę ze szczegółowo opisaną próbą zabójstwa małej córki wpływowego biznesmena w Jump City (odniesienie do rozdziału 30). Na końcu widniało zdanie, zapisane odręcznie pochyłym pismem.
„W związku z tym incydentem, członek Młodych Tytanów, Susan, zostaje usunięta z zespołu z skutkiem natychmiastowym i nieodwracalnym.”
Terra zaglądała Westowi przez ramię i czytała opisane zdarzenie z oczami ogromnymi ze zdumienia i… strachu przed osobą, która kiedyś przyjęła ją pod swój dach.
– Ale przecież mówiłeś, że sama zrezygnowała z powodów rodzinnych – powiedziała cicho.
– Kłamałem – odpowiedział Robin bez większej skruchy. – Słuchajcie wiem, że jest wam ciężko przyjąć do wiadomości fakt, że osoba, z którą pracowaliśmy ramię w ramię okazała się szpiegiem i seryjnym skrytobójcą, ale to jest prawda. Nie pokazywałbym wam tego, gdybym nie był pewien w stu procentach.
Tytani siedzieli i spoglądali po sobie niepewnie. Nawet jeśli sami coś podejrzewali, nie mogli przewidzieć, że prawdziwa tożsamość Susan okaże się tak przytłaczająca.
– Co ze Starfire? – odezwał się Bestia. Patrzył na lidera wyzywająco, jakby chciał, by ten powiedział „prima aprilis, daliście się nabrać”. – Chcesz nam powiedzieć, że Sus jest wmieszana w jej śmierć?! A może to ona własnoręcznie ją zabiła?!
– A jeśli tak, to co? – w głosie bruneta wyraźnie było słychać wyzwanie
Beast Boy nagle poczuł, że już nie wytrzyma. Nie wiedział dokładnie, co tak bardzo wkurzyło go w tej odpowiedzi, ale w jednej chwili coś pękło i nie był w stanie już dłużej nad sobą zapanować. Może zirytowała go postawa lidera wobec sytuacji? Nie obchodziło go to. Po prostu się do niego zbliżył i mocno popchnął go na ścianę, przyszpilając go do niej. Zacisnął jedną dłoń na kołnierzyku jego bluzy, głośno przy tym warcząc.
Pozostali Tytani podnieśli się na nogi, nie bardzo wiedząc po czyjej stronie stanąć.
Robin niemalże czuł bijący od zielonego żar i jego przyspieszony oddech na swojej skórze. Dobrze wiedział, że mógł go zranić ostrzem znajdującym się w jednej z kieszeń paska. Wystarczyło by też jedno słowo, a ktoś obezwładniłby Bestię. Mimo to się nie ruszał.
Za to Garfield poczuł palce zaciskające się na jego własnym nadgarstku i ciągnące w dół, zmuszające go by rozluźnił pięść.
– Puść go, Bestia – jego umysł z opóźnieniem zarejestrował stanowczy głos Kid Flasha przy swoim boku.
– I co? – prychnął lider. – Tak po prostu mnie uderzysz? Bezbronnego?
– Nie jesteś bezbronny – wysyczał w odpowiedzi zielony.
Grayson poczuł jak uścisk dłoni na materiale jego kurtki się zacieśnia. Bestia po raz ostatni dopchnął Robina do ściany, a następnie się od niego odsunął,  posyłając mu pełne obrzydzenia spojrzenie. Następnie wszyscy usłyszeli głośny trzask zamykanych drzwi (da się trzaskać wgl automatycznymi drzwiami? takimi bez zawiasów? XD) i ciche westchnienie lidera, poprawiającego kołnierzyk.
– Na co ci to było? – zapytał Wally
– Celowo go sprowokowałem – odparł bez ogródek brunet. Brwi najszybszego nastolatka na planecie powędrowały jeszcze wyżej.
– Więc te dokumenty… – Wally nie mógł zrozumieć toku rozumowania Graysona. Po co ta szopka? Skoro zamierzał jedynie przemówić do rozsądku Bestii, mógł to zrobić w delikatniejszy i bardziej subtelny sposób.
- Są prawdziwe - zaprzeczył szybko domysłom rudzielca. – Wszystko, czego się dowiedziałem na temat Susan, jest w tych papierach. Daję wam do nich dostęp, chociaż wolałbym by wróciły do mnie całe.
Ściągnął brwi, zastanawiając się czy nic na pewno mu nie umknęło. Jakiś ważny czynnik. Trudno, najwyżej będzie musiał przepytać Bestię. Też pewnie wiedział co nieco.
– Robin?
– Nie martw się, nie zwariowałem – uśmiechnął się przepraszająco, ale szybko przybrał poważny wyraz twarzy. Nie musiał okazywać zbędnych emocji. – Chciałem jedynie, by zrozumiał, jakie obecnie są jego priorytety.

***

Powoli podszedłem do szyby, zza której było widać wnętrze pokoju, w którym się znajdowała się śpiąca kobieta.
Nie potrafię się przyzwyczaić do tego określenia. Kobieta. A przecież jeszcze niedawno droczyłaś się ze mną o miejsce na kanapie. Śmiałaś się z mojej niezdarności, gdy poślizgnąłem się na mokrym asfalcie. Byłaś uśmiechniętą nastolatką, sprawiającą wrażenie tak niewinnej, jakbyś nigdy nie widziała zła tego świata. Choć doświadczyłaś rzeczy znacznie gorszych niż ja.

Lekko zmarszczyłem brwi. Mieli rację, Susan. Nie musiałem wchodzić do środka, żeby to stwierdzić. Naprawdę wyglądasz teraz okropnie. Nie potrafiłem oderwać od ciebie wzroku. Wyglądasz teraz słabo. Tak słabo, że zacząłem wątpić, czy to aby na pewno ty. Kiedy cię taką widziałem, nie wiedziałem jak się zachować, ani jak się czuć. Spuściłem wzrok w dół. Kiedy zaczęło mi na tobie zależeć? Być może wtedy, gdy uświadomiłem sobie, że jesteśmy podobni. Oboje przez śmiech ukrywaliśmy ból. A przecież przysięgałem, że się zemszczę. Za to, co zrobiłaś Starfire. Mimo, że wiedziałem, że to wcale nie była twoja wina. Jednak ty zdecydowałaś się to wszystko zakończyć. Wciąż miałem przed oczami tamtą wiadomość od ciebie. Gdy leżałaś na mokrych kafelkach, a życiodajna krew wyciekała z ciebie z każdą sekundą, słowa które zapisałaś wgniotły mnie w ziemię .
To chyba nawet lepiej, że jeszcze się nie obudziłaś. Nie wiesz, że tu jestem. Ciekawe jak zareagujesz, kiedy przyjdzie czas na pobudkę. Jakie emocje ukażą się na twojej twarzy? Która z nich będzie dominować? Czy po twoich policzkach spłyną łzy?
Powiedz, Susan. Dlaczego wtedy zadałaś mi to pytanie?

***

- Hej, Bestia?
Nie oderwał wzroku od ekranu. Zachęcił ją by mówiła cichym „hmm?”, ale nic poza tym. Jego palce wciąż poruszały się z zadziwiającą prędkością po odpowiednich przyciskach, nie myląc się ani razu. Dziewczyna musiała zerkać ciągle z ekranu na swojego pada i na odwrót. Nie miała jeszcze wprawy, a ciągłe błądzenie oczami tam i z powrotem przyprawiało ją o ból głowy.
– Jak sądzisz, co jest po śmierci?
Zielony przerwał grę i spojrzał na nią, zaintrygowany pytaniem. Wzruszył ramionami, nie siląc się na inną odpowiedź.
– Nigdy o tym nie myślałem. A ty jak uważasz? – skierował swój wzrok na twarz blondynki, pogrążonej w zamyśleniu. Wydała mu się w tamtej chwili naprawdę ładna, chociaż nigdy się do tego nie przyznał.
Dziewczyna odchyliła głowę do tyłu.
– Według mnie po śmieci nie ma nic. Dlaczego miałbyś się przejmować dalszym życiem, skoro i tak umarłeś? – odpowiedziała. – Identycznie jest z samobójcami. Dlaczego osoby, który pragnęły zniknąć z tego świata, miałby by mieć prawo do życia w innym?
Bestia ponownie wzruszył ramionami, nie przyjmując słów Susan zbytnio do serca. Chciał już skończyć grę.

***

Patrząc na ziemię, widziałem jak od moich stóp odchodzi cień, który jakby rozlewał się po podłodze. Świecące się na korytarzu światła przenikały przez szybę, wdzierając się do twojego pokoju, pomagając aparaturze i ulicznym światłom zza okna trochę go oświetlić. Unosłem opuszczoną głowę i spojrzałem na twoje powieki z dziwnym przeczuciem w głowie. Zupełnie jakbyś zaraz miała otworzyć oczy. Ale tak się nie dzieję.
Jesteś idiotką, Susan – z tą myślą w głowie zacząłem odchodzić i coraz bardziej się od ciebie oddalać. Opuściłem szpital i skierowałem się w stronę wieży. Wiadomość od ciebie wciąż dręczyła mój zagubiony umysł.

„Idę pierwsza”

Już wtedy byłaś na to gotowa, prawda?
Na śmierć.

*~*~*

Nie mam nic na swoje usprawiedliwienie. Zaraz powinna się pojawić notka, w której wszystko wyjaśnię. Raczej

 
Komentarze (9)

Napisane w kategorii 2 years later