RSS
 

37. Spójrzmy prawdzie w oczy

08 lut

Tutaj też postanowiłam dodać nowy rozdział. Większa szansa, że ktoś zobaczy.  Przypominam o przeniesieniu bloga na nowy adres, drogie zagubione duszyczki.
Kursywą zapisane są odniesienia do poprzednich rozdziałów.

*~*~*

Patrząc na ziemię, widziałem jak od moich stóp odchodzi cień, który jakby rozlewał się po podłodze. Świecące się na korytarzu światła przenikały przez szybę, wdzierając się do twojego pokoju, pomagając aparaturze i ulicznym światłom zza okna trochę go oświetlić. Uniosłem opuszczoną głowę i spojrzałem na twoje powieki z dziwnym przeczuciem w głowie. Zupełnie jakbyś zaraz miała otworzyć oczy. Ale tak się nie dzieje.
Jesteś idiotką, Susan – z tą myślą w głowie zacząłem odchodzić i coraz bardziej się od ciebie oddalać. Opuściłem szpital i skierowałem się w stronę wieży. Wiadomość od ciebie wciąż dręczyła mój zagubiony umysł.

***

Bestia wyszedł ze szpitala, nawet się nie odwracając. Wsiadł do taksówki i z nosem przyklejonym do zimnej szyby obserwował mijane samochody. Był zbyt zmęczony, by użyć własnych mocy. Przerastała go cała sytuacja i czuł się przytłoczony presją, jaką inni wywierali na niego. Najpierw praca. Jako jedyny z mieszkańców Wieży nie zarabiał. Żył kosztem innych i czuł się z tym źle. Chociaż nigdy nie usłyszał bezpośredniej uwagi, widział ukradkowe spojrzenia w jego stronę, gdy temat przy wspólnych obiadach schodził na pracę i słyszał ciche narzekanie.
Przyjrzał się swojemu odbiciu w szybie. Zielone włosy, których końcówki wpadały mu do oczu, sierść na ciele w jaśniejszym odcieniu, odstające szpiczaste uszy, które próbował ukrywać pod kapturem. Jak ktokolwiek mógł przyjąć go takiego do pracy? Do społeczeństwa?
Czy to jego wina, że został wynaturzeniem?

***

Jinx usłyszała kroki na korytarzu. Raven schodziła z dachu po medytacji, więc niedługo wyjdzie. Następna będzie Terra i wieża niemal całkowicie opustoszeje. Zostanie Jinx i Bestia, który był wyjątkiem i nie miał żadnej roboty. Miał kompleksy ze swoją skórą, poza tym nigdzie by go takiego nie przyjęli. W cyrku co najwyżej. Nie, żeby mu to jakoś specjalnie przeszkadzało. Mógł się wylegiwać w łóżku do południa, by następne pół dnia spędzić przed ekranem, nabijając levele. Chociaż coraz częściej zaczął kręcić się bez celu po budynku.

***

Później dostał ten przeklęty telefon od policji. Nie pierwszy raz się zastanawiał, dlaczego Cyborg wpadł na ten super-genialny pomysł podania policji ich stacjonarnego numeru. Mówił, że to w ramach ułatwienia; że główny alarm Wieży może się nie włączyć, gdy ktoś będzie ich potrzebować; że będą mogli współpracować z policją i dzięki temu szybciej rozwiążą sprawę.
Gówno prawda, prychnął Bestia. Wcześniej wcale tego nie potrzebowaliśmy. Alarm działał bez zarzutów, a żaden detektyw ze wszystkich komisariatów w całym Jump City nie mógł dorównać Robinowi.
Tylko że jego już nie było. Ktoś inny przybrał to imię i kto inny stoi na straży porządku, ubrany w czerwono-zielony strój.
Dawny Robin odsunął się od nich, zmieniając imię i miasto. Teraz był Nightwingiem.
– Myślę, że chciał się usamodzielnić. Pokazać swojemu mentorowi, na co go stać w pojedynkę.
Raven powiedziała tak Garfieldowi pewnego dnia, gdy tęsknota za dawnym liderem była zbyt wielka i siedział samotnie ze szklanką piwa przy kuchennym stole. Powinien się wtedy zachowywać jak dorosły i nie płakać, jakby Richard odszedł z ich świata na zawsze.

***

– Skąd wiedziałeś? – zapytała. Miała ładny głos, niepasujący do roli płatnego zabójcy, ale była tak zdenerwowana, iż myślałem, że zacznie piszczeć.
– Nie wiedziałem – odparłem zgodnie z prawdą. – Wysłali mnie do Wyposażonej, nie spodziewałem się zastać tutaj ciebie
Wysłali mnie do psychicznie chorej Wyposażonej. Naprawdę jest z nią aż tak źle? Za czasów, gdy należała do Tytanów, nie wykazywała żadnych objawów. Co na nią wpłynęło? Własna moc, praca czy Deathstroke?

***

Doznał poważnego szoku, gdy wszedł na salę szpitalną i zobaczył tam Susan. Była tak wychudzona, że niemal tonęła pośród białej pościeli. Wyglądała na śmiertelnie przerażoną nagłym pojawieniem się Bestii. Gar przyglądał się wtedy dokładnie jej ciału. Ubrana w szpitalną koszulę, z podpiętą kroplówką i obandażowanymi ramionami. Słyszał od pielęgniarek, że próbowała rozdrapać sobie żyły paznokciami.
Zacisnął pięści. Była taka krucha i delikatna. Powstrzymał się tam przed podejściem do niej i przytuleniem jej. Przed pogłaskaniem jej pięknych, długich włosów i zapewnieniu, że już wszystko dobrze. Że ktokolwiek doprowadził ją do takiego stanu, będzie musiał zapłacić za swoje czyny, a on – Garfield – osobiście tego dopilnuje.
Pamiętał jednak, kim była i co zrobiła. Pamiętał, że obiecał się zemścić za śmierć Starfire. Leżąca przed nim osoba była poszukiwaną kryminalistką i należało ją aresztować, a za wszystkie jej zbrodnie należała jej się kara śmierci.
Pamiętał też, że Susan była jego drogą przyjaciółką. Spędzali razem radośnie czas, przekomarzając się ze sobą i wspierając się w trudnych chwilach.
Właśnie dlatego zabrał ją do Zatanny. Wywinęli się policji, zapewniając ich, że teraz Tytani zajmą się tą Wyposażoną. Zabrał ją tam, w nadziei, że uda mu się choć na jakiś czas ukryć Susan przed światem. Myślał, że będzie u niej bezpieczna.
Jednak nie była. Została skrzywdzona. I to była jego wina.
– Przepraszam – Bestia odezwał się zachrypniętym głosem do kierowcy taksówki. – Czy mógłby jechać szybciej? Trochę się śpieszę.

***

Zatanna była jedyną osobą, która mi przyszła do głowy. Wiedziałem, że gdyby się zgodziła, mogłaby przenocować Susan – mieszkanie, które wynajmowała, niegdyś należało do Rachel. Jedynie jej niechęć do blondynki była problematyczna. Wszyscy Tytani, łącznie ze mną, oskarżali ją o śmierć Starfire, jednak chciałem jej pomóc, ze względu na dawną przyjaźń.
– Nie będę ukrywać w domu kryminalistki – głos młodej Zatary aż ociekał jadem. Jak mogłem ją przekonać? Na czym jej najbardziej zależało? Myśl, Bestia, rusz w końcu głową!
– Umówię cię z nim – powiedziałem nagle. Zamrugała oczyma. – Umówię cię z Graysonem.
Na twarzy czarodziejki malowały się różne ekspresje. Westchnęła ciężko, wyciągnęła z kieszeni klucze i rzuciła mi je.
– Tylko jedna noc. Potem nie chcę jej nigdy widzieć na oczy

*~*~*

Deathstroke mknął przez autostradę z Gotham w kierunku Jump City. Choć godzina była późna, a na jezdni tłoczyli się ludzie wracający do domów, jemu nie przyszło do głowy zwalniać. Miał zbyt mało czasu.

W mieszkaniu Slade’a pojawił się White, wchodząc bez pukania do środka i zostawiając mokre ślady na kafelkach w przedpokoju. Stanął przed wgapionym w telewizor Wilsonem.
– Odsuń się – warknął mężczyzna. – Zasłaniasz mi.
White spojrzał na niego bez cienia emocji. Niegdyś Susan, gdy jej moc była w pełnym rozkwicie, stworzyła White’a jako swojego przyjaciela i obrońcę, na wzór dawnej szkolnej miłości. W miarę upływu czasu stawała się coraz silniejsza, a on wraz z nią. Uzbroiła go w jego własne moce, kształtowała jego charakter i zawierzyła mu całe swoje życie.
Ale on nie istniał na prawdę. Posiadał serce i inne ważne narządy, potrzebował jedzenia i snu, jak każda inna osoba – jednym słowem, był nie do odróżnienia od normalnego człowieka. Jego rany regenerowały się jednak znacznie szybciej, psychika również była na wyższym poziomie – jego gwałtowne emocje szybko się uspokajały, rozumiał pojęcie życia i śmierci znacznie inaczej od innych, nie czuł też wyrzutów sumienia przy różnych ordynarnych pracach, takich jak tortury czy zabójstwa. Wystarczyła też jedna myśl Susan, by zniknął.

***

Podszedł do niej z przerażeniem wypisanym na twarzy i pomógł wstać. Natychmiast przylgnęła do niego całym swoim ciałem. Spojrzała nań złotymi oczami.
– Kochasz mnie? – zapytała. Jednak nie zbiło go to z tropu. Prawdę mówiąc, przyzwyczaił się do tego pytania. Do zachowania Susan również. Miał na to dużo czasu.
– Pamiętasz, co ci powiedziałem, gdy pierwszy raz się spotkaliśmy? – szepnął, gładząc jej lśniące włosy.
– Pamiętam – burknęła.
– Jestem jedynie wytworem twojej wyobraźni. Nie potrafię cię kochać.

***

Spojrzał kątem oka na chłopaka, siedzącego wygodnie w fotelu i udającego, że czyta gazetę.
– Ten gówniarz mógłby się w końcu do czegoś przydać – warknął.
Nastolatek powoli uniósł wzrok znak druku.
– Mam zadbać o jej bezpieczeństwo. W razie potrzeby oddam za nią życie. Nigdzie nie było powiedziane, że mam jeszcze zmywać te pieprzone naczynia i wynosić śmieci.
Wilson zaklął głośno, a White jak gdyby nigdy nic przewrócił stronę.

White sięgnął po pilota, leżącego na szklanym stoliku i wyłączył telewizor. Slade podniósł na niego zimny wzrok, prostując się na kanapie.
– Kim jesteś, żeby wchodzić do mojego domu i się w nim rządzić? Oddaj mi pilota.
Brunet rzucił trzymany przedmiot z trzaskiem o podłogę. Miał naprawdę dość arogancji tego mężczyzny. Wilson przychodził raz na ruski rok do mieszkania Susan i udawał przykładnego ojca, którym nigdy nie był. To White zawsze się nią zajmował. Prał jej rzeczy, przygotowywał posiłki, pilnował, by brała leki, sprzątał, mył, pocieszał i wspierał, dotrzymywał towarzystwa. Jednak z Susan zaczęło się robić coraz gorzej. Jej psychika była na skrajnym wyczerpaniu. Istnienie White’a było zależne od jej stanu emocjonalnego i widząc ją roztrzęsioną, skuloną i cicho skomlącą pod kołdrą, nie mógł nic zrobić.
Był bezużyteczny. W końcu był istotą podtrzymywaną tylko dzięki sile jej umysłu.
– Susan zniknęła.
Slade wbił w niego uważne spojrzenie, nie odzywając się jednak ani słowem i dając tym samym nastolatkowi znak, by mówił dalej.
– Gdy pojawiłem się w domu, nie było jej tam – kontynuował White. – Leki leżały rozsypane po stole, a klucz zostawiony był w drzwiach. Poszedłem jej szukać, czułem, że coś było nie tak. Wiesz, że ostatnio zaczęła wchodzić mi do głowy, przez co słyszę jej myśli, nie? Wciąż powtarzała „zamknij się” jak mantrę, jak zaklęcie, a ja…
– Do rzeczy – przerwał mu Wilson.
– Była na cmentarzu. Zemdlała i zabrała ją karetka. Więcej nie wiem.
Slade podniósł się gwałtownie i jednym ruchem przewrócił stolik do kawy. Oddychał szybko i zaczął krążyć niespokojnie po pokoju, chwytając się za włosy i nerwowo pocierając twarz.
Złapał White’a za kołnierz przemoczonego płaszcza i zmusił go do stanięcia na palcach. Ledwie powstrzymywał się od uderzenia go, od wykręcenia mu wszystkich kończyn i uduszenia go gołymi rękoma.
– Kurwa, nie mogę – wycedził. – Kiedy to było?
– Niedawno, może z godzinę tutaj. Przyszedłem tutaj od razu po zajściu.
– Było iść za nią, skończony idioto! – wrzasnął Slade, chwytając jedną ręką gardło White’a i naciskając na nie. – Moja córka jest twoim jedynym powodem istnienia. Żyjesz tylko dlatego, że ona tak chce, rozumiesz? Sam nie miałeś robić niczego, kurwa niczego, poza chronieniem jej i pilnowaniem, by sama nie wybrała śmierci. Nawet tego nie potrafisz zrobić, bezużyteczny gówniarzu? Posłuchaj mnie uważnie, dobra, bo nie będę się powtarzać. Jeśli nie znajdziesz jej w ciągu 24 godzin dopilnuję byś nigdy nie ujrzał światła dziennego, niezależnie od tego, czy ona tego chce, czy nie. Czaisz?
Wilson puścił jego gardło i odepchnął od siebie nastolatka, który zatoczył się do tyłu, krztusząc się i walcząc o oddech.
– A ty… – odkaszlnął. – Ty nie zamierzasz nic zrobić?
– Żartujesz sobie ze mnie? – Slade uniósł brwi do góry. Stał już w przedpokoju, nakładając buty. – Mam mnóstwo kontaktów. Nie zamierzam siedzieć bezczynnie, gdy moja córka jest w niebezpieczeństwie.
Narzucił płacz na ramiona, wybrał jeden z zapisanych w telefonie numerów i wyszedł na zewnątrz.
Zaś White wypuścił długo wstrzymywane powietrze. Odprowadził oddalającego się mężczyznę wzrokiem i modlił się, by jego troska o Susan nie była na pokaz.

 
Brak komentarzy

Napisane przez w kategorii 2 years later

 

Tags: , , , , , ,

Dodaj komentarz