RSS
 

Archiwum dla kategorii ‘2 years later’

36. Nigdy się nie dowiesz, jak bardzo cię nienawidzę

10 sty

PADAM NA TWARZY I PRZEPRASZAM WAS NA KOLANACH! WYBACZCIE!
*~*~*

>>TYDZIEŃ PO WYBUDZENI SIĘ ROBINA ZE ŚPIĄCZKI (3 MIESIĄCE PO ŚMIECI STARFIRE)<<

Azarathka unosiła się nad posłaniem, szepcząc pod nosem tylko sobie znane zaklęcia. W tej chwili nic nie mogło wytrącić jej z tego stanu. Była tylko ona, ciemna przestrzeń, w której zamknęła swój umysł oraz… Coś stuknęło za drzwiami. Zignorowała to i kontynuowała medytację. Dźwięk powtórzył się. Otworzyła jedno oko, patrząc z zrezygnowaniem na drzwi i w końcu dała za wygraną. Wychyliła głowę na korytarz i ujrzała… nic do odchodziłoby od normy. Niemal westchnęła na głos zawiedziona. Po ostatnim ciągu nieoczekiwanych zdarzeń, Raven nieco brakowało dreszczyku emocji i podniecenia, jakie się wiązało z rosnącą adrenaliną.
Przewrócona miotła i Bestia, który właśnie rozmasowywał tyłek po upadku. Szybko zauważył dziewczynę.
– Ah, Raven! – wydawał się szczerze zaskoczony obecnością czarownicy w innym miejscu niż jej własny pokój. Następnie wydał z siebie potok chaotycznych słów. – Cześć, znaczy się… ten tego, jednak tylko cześć.
– Co ty robisz? – zapytała, udając brak zainteresowania, choć tak naprawdę chciała jedynie zabić czas.
– Szłem właśnie do Robcia.
– Nie „szłem”, tylko szedłem, poza tym – dlaczego?
– No bo tego… – podrapał się z zakłopotaniem po tyle głowy, tarmosząc swoje zielone włosy. Wstał na równe nogi, bo nadal siedział przy tej głupiej miotle, i oświadczył dobitnie – chcę go wyciągnąć z pokoju,
– I z czego się cieszysz? – zgasiła go Raven. Nie wątpiła w to, że lider przesiaduje w swojej samotni jak jakiś asceta, nie oponowała również za postanowieniem zielonej małpy. Jednak uważała, że Robin właśnie teraz, gdy wybudził się ze śpiączki i przeżywał wieść o śmierci Star, potrzebował pracy, która zajmie go całkowicie. Nie dręczyły go przynajmniej wyrzuty sumienia, bo inaczej czułaby negatywną aurę, wylewającą się z jego umysłu.
Oboje odwrócili się, gdy usłyszeli jak otwierają się drzwi. Z łazienki, umieszczonej naprzeciwko pokoju Robina, wyszedł Cudowny Chłopiec we własnej osobie, z mokrymi włosami opadającymi na czoło. Ręcznik miał przerzucony przez kark i kropelki wody wsiąkały w materiał.
Ręka Bestii uniosła się do góry i zasłonił nią oczy Azarathki. Robin miał na sobie tylko bokserki.
Półnagi pomocnik Sami-Wiecie-Kogo przybrał zażenowany wyraz twarzy, widząc jak dwójka jego przyjaciół zasłania sobie nawzajem oczy. Pognał do swej jaskini samotności, wsunął na nogi pierwsze lepsze dresy i nałożył czarną maskę na oczy. Kiedy znów wyszedł, Raven zdążyła się już zmyć i został sam zielonek.
– Żyjesz – stwierdził BB. Mistrz dedukcji. – Czyli się udało.
Chciał powiedzieć coś jeszcze, jednak przerwał mu w tym poważny ton głosu lidera. Bestia zastanawiał się jak on może tak szybko zmieniać nastawienie i emocje.
– Zawołaj wszystkich do salonu, chcę wam coś pokazać.
Musiało chodzić o coś grubszego od tajemnicy znikającego ciasta z piekarnika. Zielony posłusznie zaczął zwoływał członków drużyny, a Raven dreptała za nim (niechętnie), by nadać poleceniu wiarygodności.
W końcu wszyscy zebrali się w umówionym miejscu, wyrwani od obowiązków, brakowało tylko lidera. Ten jednak wszedł do salonu chwilę później, taszcząc na rękach wielkie pudło.
Postawił je z łoskotem na stoliku.
– Co to jest? Po to nas tutaj zebrałeś? – Cyborg wypowiedział na głos to, co inni mieli na końcu języka. Fakt, że Robin zaczął pracować, nikogo nie dziwił, w końcu był nieuleczalnym pracoholikiem, jednak to dość niespodziewane by dzielił się jej wynikami w ten sposób. Zwykle, gdy oświadczał, że udało mu się rozpracować plan siatki przestępczej był w trakcie posiłku i między kęsami opowiadał o szczegółach.
Raven pierwsza wzięła do ręki chude akta, leżące na wierzchu i spojrzała na pierwszą stronę. Była to kartoteka. Zdjęcie przedstawiało niezbyt przyjaźnie uśmiechniętą blondynkę, mrużącą wściekle oczy. Przedstawiało Susan.
– Robin… – zaczęła wolno. – Co to ma znaczyć?
– Ukrywałem to przed wami z różnych powodów, jednak czas by prawda ujrzała światło dzienne.
Faktycznie, wydawała się nieco podejrzana. Rachel zawsze była ciekawa, skąd ma takie możliwości, czy wiedzę, ale żeby posuwać się do tego stopnia…
– Jesteś pewien tych informacji? – zapytała, chociaż wiedziała, że tak. Robin nigdy nie przedstawiał czegoś, czego nie był pewny. Przewróciła stronę. Mimo wszystko to było irracjonalne. Taka młoda osoba i tyle zbrodni…
Beast Boy wyrwał młodej Azarathce aktówkę i zaczął czytać. Pozostali siedzieli jak na szpilkach, czekając na jego reakcję. Słusznie się obawiali.
– Co ty pierdolisz?! – zerwał się z miejsca i cisnął dokumenty na podłogę. – Jakie morderstwo? Liczba ofiar 57? Jak jedna osoba mogła zabić tyle osób w jedną noc? Jaki kurwa Slade Wilson?!
Prawdopodobnie jeszcze nigdy nie widzieli Bestii tak zdenerwowanego. Jednak gdy usłyszeli to imię, sami poczuli, że naprawdę coś jest nie tak. Terra powoli sięgnęła po wypchaną teczkę, za nią Cyborg i reszta. Zapadła grobowa cisza, przerywana tylko dźwiękiem przerzucanych kartek.
Raven pociągnęła BB w dół i posadziła go z powrotem .
– To wszystko prawda? – spytał Kid Flash. Robin znów potwierdził skinieniem głowy. – Wiedziałem, że coś było z nią nie tak.
– Nie uważasz, że ojcostwo Slade’a należy poddać dyskusji? – wtrąciła się różowowłosa czarodziejka.
– Jakiej dyskusji? Masz tu fakty czarno na białym, Jinx! Tak mi się wydawało, że widziałem Susan w podobnej sytuacji, ale nigdy nie miałem okazji się upewnić, myślałem, że tylko mi się zdawało.
Wally trzymał w rękach teczkę ze szczegółowo opisaną próbą zabójstwa małej córki wpływowego biznesmena w Jump City (odniesienie do rozdziału 30). Na końcu widniało zdanie, zapisane odręcznie pochyłym pismem.
„W związku z tym incydentem, członek Młodych Tytanów, Susan, zostaje usunięta z zespołu z skutkiem natychmiastowym i nieodwracalnym.”
Terra zaglądała Westowi przez ramię i czytała opisane zdarzenie z oczami ogromnymi ze zdumienia i… strachu przed osobą, która kiedyś przyjęła ją pod swój dach.
– Ale przecież mówiłeś, że sama zrezygnowała z powodów rodzinnych – powiedziała cicho.
– Kłamałem – odpowiedział Robin bez większej skruchy. – Słuchajcie wiem, że jest wam ciężko przyjąć do wiadomości fakt, że osoba, z którą pracowaliśmy ramię w ramię okazała się szpiegiem i seryjnym skrytobójcą, ale to jest prawda. Nie pokazywałbym wam tego, gdybym nie był pewien w stu procentach.
Tytani siedzieli i spoglądali po sobie niepewnie. Nawet jeśli sami coś podejrzewali, nie mogli przewidzieć, że prawdziwa tożsamość Susan okaże się tak przytłaczająca.
– Co ze Starfire? – odezwał się Bestia. Patrzył na lidera wyzywająco, jakby chciał, by ten powiedział „prima aprilis, daliście się nabrać”. – Chcesz nam powiedzieć, że Sus jest wmieszana w jej śmierć?! A może to ona własnoręcznie ją zabiła?!
– A jeśli tak, to co? – w głosie bruneta wyraźnie było słychać wyzwanie
Beast Boy nagle poczuł, że już nie wytrzyma. Nie wiedział dokładnie, co tak bardzo wkurzyło go w tej odpowiedzi, ale w jednej chwili coś pękło i nie był w stanie już dłużej nad sobą zapanować. Może zirytowała go postawa lidera wobec sytuacji? Nie obchodziło go to. Po prostu się do niego zbliżył i mocno popchnął go na ścianę, przyszpilając go do niej. Zacisnął jedną dłoń na kołnierzyku jego bluzy, głośno przy tym warcząc.
Pozostali Tytani podnieśli się na nogi, nie bardzo wiedząc po czyjej stronie stanąć.
Robin niemalże czuł bijący od zielonego żar i jego przyspieszony oddech na swojej skórze. Dobrze wiedział, że mógł go zranić ostrzem znajdującym się w jednej z kieszeń paska. Wystarczyło by też jedno słowo, a ktoś obezwładniłby Bestię. Mimo to się nie ruszał.
Za to Garfield poczuł palce zaciskające się na jego własnym nadgarstku i ciągnące w dół, zmuszające go by rozluźnił pięść.
– Puść go, Bestia – jego umysł z opóźnieniem zarejestrował stanowczy głos Kid Flasha przy swoim boku.
– I co? – prychnął lider. – Tak po prostu mnie uderzysz? Bezbronnego?
– Nie jesteś bezbronny – wysyczał w odpowiedzi zielony.
Grayson poczuł jak uścisk dłoni na materiale jego kurtki się zacieśnia. Bestia po raz ostatni dopchnął Robina do ściany, a następnie się od niego odsunął,  posyłając mu pełne obrzydzenia spojrzenie. Następnie wszyscy usłyszeli głośny trzask zamykanych drzwi (da się trzaskać wgl automatycznymi drzwiami? takimi bez zawiasów? XD) i ciche westchnienie lidera, poprawiającego kołnierzyk.
– Na co ci to było? – zapytał Wally
– Celowo go sprowokowałem – odparł bez ogródek brunet. Brwi najszybszego nastolatka na planecie powędrowały jeszcze wyżej.
– Więc te dokumenty… – Wally nie mógł zrozumieć toku rozumowania Graysona. Po co ta szopka? Skoro zamierzał jedynie przemówić do rozsądku Bestii, mógł to zrobić w delikatniejszy i bardziej subtelny sposób.
- Są prawdziwe - zaprzeczył szybko domysłom rudzielca. – Wszystko, czego się dowiedziałem na temat Susan, jest w tych papierach. Daję wam do nich dostęp, chociaż wolałbym by wróciły do mnie całe.
Ściągnął brwi, zastanawiając się czy nic na pewno mu nie umknęło. Jakiś ważny czynnik. Trudno, najwyżej będzie musiał przepytać Bestię. Też pewnie wiedział co nieco.
– Robin?
– Nie martw się, nie zwariowałem – uśmiechnął się przepraszająco, ale szybko przybrał poważny wyraz twarzy. Nie musiał okazywać zbędnych emocji. – Chciałem jedynie, by zrozumiał, jakie obecnie są jego priorytety.

***

Powoli podszedłem do szyby, zza której było widać wnętrze pokoju, w którym się znajdowała się śpiąca kobieta.
Nie potrafię się przyzwyczaić do tego określenia. Kobieta. A przecież jeszcze niedawno droczyłaś się ze mną o miejsce na kanapie. Śmiałaś się z mojej niezdarności, gdy poślizgnąłem się na mokrym asfalcie. Byłaś uśmiechniętą nastolatką, sprawiającą wrażenie tak niewinnej, jakbyś nigdy nie widziała zła tego świata. Choć doświadczyłaś rzeczy znacznie gorszych niż ja.

Lekko zmarszczyłem brwi. Mieli rację, Susan. Nie musiałem wchodzić do środka, żeby to stwierdzić. Naprawdę wyglądasz teraz okropnie. Nie potrafiłem oderwać od ciebie wzroku. Wyglądasz teraz słabo. Tak słabo, że zacząłem wątpić, czy to aby na pewno ty. Kiedy cię taką widziałem, nie wiedziałem jak się zachować, ani jak się czuć. Spuściłem wzrok w dół. Kiedy zaczęło mi na tobie zależeć? Być może wtedy, gdy uświadomiłem sobie, że jesteśmy podobni. Oboje przez śmiech ukrywaliśmy ból. A przecież przysięgałem, że się zemszczę. Za to, co zrobiłaś Starfire. Mimo, że wiedziałem, że to wcale nie była twoja wina. Jednak ty zdecydowałaś się to wszystko zakończyć. Wciąż miałem przed oczami tamtą wiadomość od ciebie. Gdy leżałaś na mokrych kafelkach, a życiodajna krew wyciekała z ciebie z każdą sekundą, słowa które zapisałaś wgniotły mnie w ziemię .
To chyba nawet lepiej, że jeszcze się nie obudziłaś. Nie wiesz, że tu jestem. Ciekawe jak zareagujesz, kiedy przyjdzie czas na pobudkę. Jakie emocje ukażą się na twojej twarzy? Która z nich będzie dominować? Czy po twoich policzkach spłyną łzy?
Powiedz, Susan. Dlaczego wtedy zadałaś mi to pytanie?

***

- Hej, Bestia?
Nie oderwał wzroku od ekranu. Zachęcił ją by mówiła cichym „hmm?”, ale nic poza tym. Jego palce wciąż poruszały się z zadziwiającą prędkością po odpowiednich przyciskach, nie myląc się ani razu. Dziewczyna musiała zerkać ciągle z ekranu na swojego pada i na odwrót. Nie miała jeszcze wprawy, a ciągłe błądzenie oczami tam i z powrotem przyprawiało ją o ból głowy.
– Jak sądzisz, co jest po śmierci?
Zielony przerwał grę i spojrzał na nią, zaintrygowany pytaniem. Wzruszył ramionami, nie siląc się na inną odpowiedź.
– Nigdy o tym nie myślałem. A ty jak uważasz? – skierował swój wzrok na twarz blondynki, pogrążonej w zamyśleniu. Wydała mu się w tamtej chwili naprawdę ładna, chociaż nigdy się do tego nie przyznał.
Dziewczyna odchyliła głowę do tyłu.
– Według mnie po śmieci nie ma nic. Dlaczego miałbyś się przejmować dalszym życiem, skoro i tak umarłeś? – odpowiedziała. – Identycznie jest z samobójcami. Dlaczego osoby, który pragnęły zniknąć z tego świata, miałby by mieć prawo do życia w innym?
Bestia ponownie wzruszył ramionami, nie przyjmując słów Susan zbytnio do serca. Chciał już skończyć grę.

***

Patrząc na ziemię, widziałem jak od moich stóp odchodzi cień, który jakby rozlewał się po podłodze. Świecące się na korytarzu światła przenikały przez szybę, wdzierając się do twojego pokoju, pomagając aparaturze i ulicznym światłom zza okna trochę go oświetlić. Unosłem opuszczoną głowę i spojrzałem na twoje powieki z dziwnym przeczuciem w głowie. Zupełnie jakbyś zaraz miała otworzyć oczy. Ale tak się nie dzieję.
Jesteś idiotką, Susan – z tą myślą w głowie zacząłem odchodzić i coraz bardziej się od ciebie oddalać. Opuściłem szpital i skierowałem się w stronę wieży. Wiadomość od ciebie wciąż dręczyła mój zagubiony umysł.

„Idę pierwsza”

Już wtedy byłaś na to gotowa, prawda?
Na śmierć.

*~*~*

Nie mam nic na swoje usprawiedliwienie. Zaraz powinna się pojawić notka, w której wszystko wyjaśnię. Raczej

 
Komentarze (9)

Napisane w kategorii 2 years later

 

35. Horizon

09 lis

Pisząc co, słuchałam tej piosenki (KLIK) jakieś 80 razy. Więc jeśli chcecie, możecie sobie włączyć XD Taka klimatyczna

*~*~*

Deathstroke mknął przez autostradę z Gotham w kierunku Jump City. Choć godzina była późna, a na jezdni tłoczyli się ludzie wracający do domów, jemu nie przyszło do głowy zwalniać. Miał zbyt mało czasu. Zimne podmuchy powietrza było okropnie dokuczliwe. W pośpiechu nie zabrał nic oprócz cienkiej kurtki i kasku, a przy prędkości ponad sto kilometrów na godzinę mogło człowieka porządnie przewiać.

(odwołanie do poprzedniego rozdziału)
Późnym wieczorem Slade wyszedł na balkon. Odpalił papierosa i zaciągnął się, by się odstresować. Poszukiwania Susan go męczyły. Jak mogła tak po prostu zniknąć bez śladu? Nawet jeśli uruchomił swoją sieć kontaktów, nie mógł jej znaleźć.
- Hej, Izabell! – krzyknął przez ramię do czekającej w środku kochanki. Odwróciła głowę w jego stronę, unosząc pytająco brew. – Zmęczony jestem, chodźmy spać…
Telefon, który nagle się rozdzwonił, przerwał mu w pół słowa. Wyjął go z kieszeni i spojrzał na ekran. Na samej górze była data – 23 listopada, 19:34, jednak jego uwagę przykuł nieznany mu numeru. Nie przejął się tym zbytnio – była to komórka służbowa, mnóstwo ludzi mogło go zna.
Kobieta zapytała, kto to. Wzruszył ramionami i odebrał. Już pierwsze słowa powinny go zaniepokoić.
- Znaleźliśmy ją.
Poderwał się. W mgnieniu oka założył buty i kurtkę.
- Podaj adres, niedługo tam będę – powiedział Wilson, sięgając po kluczyki od motoru. Wiedział o kim mówił tamten mężczyzna. W końcu sam go prosił, aby pomógł mu się zająć sprawą zaginięcia córki.
Otworzył drzwi i wyszedł, a zdziwiona kobieta stała na środku pokoju i wpatrywała się tępo w drzwi.
- 234 West Sunset Boulevard. Jump City.
- A skąd ona się wzięła w Jump City?!
- Nie do mnie to pytanie – odparł informator monotonnym głosem.
Dłoń Slade’a zaciśnięta w pięść uderzyła w obskurną ścianę klatki schodowej. Zaschnięta farba posypała się na podłogę.

Burzowe chmury kotłowały się na horyzoncie.

***

Dostaliśmy wypis jeszcze tego samego dnia. Znaczy się, ona dostała. Została znaleziona ubrana w samą bluzę i tak przywieziona do Jump City, a dzień był chłodny, dlatego dałem jej swoją kurtkę. Miętosiła w ręku sztuczne futerko przyszyte do kaptura.
– A ty co, dziecko jesteś? – zapytałem złośliwie, licząc na równie złośliwą odpowiedź. Wystawiła mi język. Lekko mnie to rozczarowało.
Położyłem dłoń na jej głowie i delikatnie potargałem jej krótkie włosy.
– Co robisz? – obruszyła się. – Zabieraj tą łapę!
Co się ze mną działo?
Szliśmy przez osiedle mieszkaniowe. Byłem tu tylko raz, ale znałem drogę. Wokół nas roztaczał się niezwykle sielski widok. Wzdłuż ulicy stał szereg kolorowych kamienic, samochody zaparkowane były tuż przy krawężniku, a ludzie siedzieli na ustawionych przy ścianach budynków ławkach i rozmawiali między sobą. Nikt by nie wpadł na to, że mogłaby się tu ukryć pewna psychopatka. Stanąłem pod drzwiami klatki schodowej i nacisnąłem klamkę. Ustąpiła i weszliśmy do środka.
Zastałem ją na półpiętrze, gdzie pochylona podlewała doniczki z kwiatami. Ubrana była w luźną czarną sukienkę i biały fartuszek wiązany na szyi. Na stopach miała różowe kapcie z serduszkami. Zauważyła nas, więc podniosłem dłoń na powitanie.
Konewka upadła na podłogę, rozbryzgując wodę dookoła.
– Co ona tu robi?
Pytanie, które zadała stojąca przede mną kobieta, nie należało do najmilszych. Jej nastawienie również.
– Zatuś, daj spokój… Tylko ja jedną noc.
Zatanna była jedyną osobą, która mi przyszła do głowy. Wiedziałem, że gdyby się zgodziła, mogłaby przenocować Susan – mieszkanie, które wynajmowała niegdyś należało do Rachel. Jedynie jej niechęć do blondynki była problematyczna. Wszyscy Tytani, łącznie ze mną, oskarżali ją o śmierć Starfire, jednak chciałem jej pomóc, ze względu na dawną przyjaźń.
– Nie będę ukrywać w domu kryminalistki – głos młodej Zatary aż ociekał jadem. Jak mogłem ją przekonać? Na czym jej najbardziej zależało? Myśl, Bestia, rusz w końcu głową!
– Umówię cię z nim – powiedziałem nagle. Zamrugała oczyma. – Umówię cię z Graysonem.
Na twarzy czarodziejki malowały się różne ekspresje. Westchnęła ciężko, wyciągnęła z kieszeni klucze i rzuciła mi je.
– Tylko jedna noc. Potem nie chcę jej nigdy widzieć na oczy.

***

Beast Boy powoli wdrapywał się na szczyt schodów pierwszego piętra, trzymając w rękach siatki z zakupami dla Susan. Zakupił ubrania i inne podstawowe rzeczy, takie jak mydło, szczoteczka do zębów czy podpaski. Będzie musiała mu wynagrodzić za zażenowanie, jakie odczuwał stojac w kolejce w drogerii. Widząc swoją troskę o nią po prostu miał ochotę zrobić coś głupiego. Na przykład wyskoczyć przez okno. Albo wyjechać w Bieszczady.
Stanął pod drzwiami i nacisnął dzwonek. Rozległo się głośne ding-dong, które umilkło po kilku sekundach. Dziwne, pomyślał. Nacisnął raz jeszcze. Znów nikt nie odpowiedział.
– Dziewczyny? Zatuś, Susan? Halo, to ja, Bestia! – powiedział, licząc na odpowiedź zza drzwi. Nic takiego nie nastąpiło. Spojrzał na zegarek, który wskazywał godzinę 20:54. Zbyt wcześnie, żeby poszły już spać, i zbyt późno, by gdzieś wyszły. W dodatku obie w tym samym czasie.
Nieprzyjemny dreszcz przeszedł Bestii wzdłuż karku. Szarpnął za klamkę i zapukał energicznie. Zero odzewu. Upuścił siatki na podłoże.
Zdenerwowany i zaniepokojony do granic możliwości miał kłopot ze zmianą formy. W końcu jednak przemienił się w pokaźnych rozmiarów goryla, wziął rozbieg i wbiegł w drzwi, wyważając je z futryny.
Starsza pani Maryla ze sklepu za rogiem nie pochwaliłaby takiego zachowania.
Ogarnął uważnym wzrokiem przedpokój, kuchnię i pozostałe pomieszczenia, aż w końcu trafił do salonu, który był położony w mieszkaniu najdalej. I jak stał tak osunął się na kolana.
Za brązową skórzaną kanapą leżało ciało.
Bestia dotąd sądził, że widział już w życiu wszystko, co było do zobaczenia. Że praca z Tytanami przygotowały go do trudności tego świata i do wszechobecnego okrucieństwa. Mylił się.
Nogi miał jak z waty, gdy podchodził do kanapy, teraz całej ubrudzonej czerwoną substancją. Na podłodze były poszarpane zwłoki, z których z każdą sekundą wyciekała krew. Ciało miało gęste czarne włosy, przyklejone częściowo do rozdartej twarzy. Od czoła do brody. Nos został rozcięty na pół i z jakiegoś idiotycznego powodu przypominał Bestii upieczoną na grillu kiełbaskę, która rozpękła się od gorąca wzdłuż i była gotowa do włożenia w bułkę.
Ciało miało na sobie czarną sukienkę i tylko jeden różowy kapeć na nodze, a to, co wystawało z ciała, przypominało jelito. Spojrzał na ręce ofiary – a raczej jedną rękę. Druga wyglądała raczej jak krwawy ochłap. Lewe ramię kończyło się teraz w połowie przedramienia i wystawały z niego dwie złamane kości.
Beast Boy wpadł do łazienki, umiejscowionej przy kuchni. Jak burza minął drzwi, prześlizgnął się po wyłożonej kafelkami podłodze jak łyżwiarz, który stracił równowagę, dopadł muszli klozetowej i chwycił kurczowo jej krawędzie. Naszła fala nudności i zwymiotował, wydając z siebie głośny, chrapliwy dźwięk jak maszyna, której za chwilę zaczną pękać tryby.
Jezu – pomyślał. – Jezu, to nie może być ona… Kto mógł…
I wtedy do jego uszu dotarł dźwięk wody kapiącej z prysznica. Mimowolnie skierował wzrok w tamtą stronę, drżąc całym ciałem z przerażenia.
Naga kobieta leżała tuż koło niego. Jej ciało znajdowało się w kabinie prysznicowej i tylko głowa oraz ręce były poza nią. Mokre, krótkie włosy zawijały się na szyi.
Zupełnie jakby nagle zasłabła tuż po skończonej kąpieli. Jakby właśnie zamierzała wyjść z kabiny i zasnęła. Jednak świeża, otwarta rana tuż pod linią piersi świadczyła o czym innym.
Bestia wyciągnął rękę i dotknął wciąż mokrego ciała, chcą sprawdzić puls. Był, ale słaby.
Wstał z klęczek i zakręcił kran, sięgając ręką nad ciałem. Starał się nie patrzeć na obnażone ciało kobiety, która leżała pod jego stopami. Cofając się, zobaczył na idealnie białych kafelkach litery napisane krwią. Wiadomość przedśmiertelna. Przeczytał i utrwalił w pamięci. Wątpił, by cokolwiek z tego, co przed chwilą zobaczył mogło odejść w zapomnienie.
Przejechał butem po literach. Potem nastąpiła kolejna fala mdłości i znów rozpoczęły się modlitwy do świętej deski klozetowej.
Gdy w końcu przeszły, wybrał numer na pogotowie oraz policję i  z grubsza opisał sytuację, pilnując, by nie drżał mu głos.
Następny telefon wykonał do Cyborga i jeszcze jednej osoby, która powinna o tym wiedzieć.
W momencie gdy zakończył połączenie rozległy się szybkie kroki w mieszkaniu. Wyszedł z łazienki, celowo omijając wzrokiem zmasakrowane zwłoki przyjaciółki i stanął twarzą w twarz… ze wściekłym Sladem Wilsonem.

 
Komentarze (9)

Napisane w kategorii 2 years later

 

34. Your boyfriend?

14 paź

Choć umysł wciąż miała lekko zamroczony, a kończyny nie słuchały poleceń, nie panikowała. Ojciec zawsze jej powtarzał, by znaleźć logiczne wyjście z sytuacji. Leżała, wpatrzona w sufit i myślała.
Pierwsze – pamiętała, jak zemdlała nagle na cmentarzu. Była odwiedzić grób matki i jej moc wymknęła się spod kontroli. Jacyś ludzie wezwali karetkę. Doszła więc do wniosku, że musi być w szpitalu.
Drugie – dlaczego czuje odrętwienie rąk i nóg? Leki uspakajające? Powinny za jakiś czas przejść, najwyżej będzie improwizować.
Trzecie – jaki dziś dzień? Odwróciła głowę, spodziewając się znaleźć jakiś zegar. Stał na szafce nocnej i wskazywał godzinę 11:24. Minęła doba, jak nie więcej, od czasu omdlenia.
Zaczęła odzyskiwać czucie w kończynach. Dobra, jeszcze trochę i będę mogła stąd zwiać.
– …potrafimy stwierdzić… jest. Być może… anemia – drgnęła, słysząc stłumione głosy. Pielęgniarka?
– Dobrze, chcę… porozmawiać. Obiecuję, że nie zajmę dużo czasu – nowy głos. Przyjemny. Nie drażnił uszu, kojarzył jej się z jakimś pastelowym kolorem. To chyba był młody mężczyzna.
– … czy się już obudziła.
Skrzypnęły drzwi. Usłyszała kroki. Uniosła się powoli na łokciach. I zamarła.
Tak samo jak stojący przed nią mężczyzna, o skórze pokrytej zieloną sierścią.

***

Stała na dachu budynku, a wiatr rozwiewał jej długie blond włosy. Uśmiechała się szeroko, jakby chciała przekazać wszystkim ludziom z miasta „kocham cię”. Biały stał za nią, cały naburmuszony.
– Nie powinniśmy się tu w ogóle pokazywać – powiedział. – Na co ty właściwie tak sterczysz?
– Czekam na kogoś.
– Chłopak?
– Nie – odparła.
– A szkoda – mruknął. Usłyszała i odwróciła się o niego z wyrzutem wypisanym na twarzy. – Co? Masz 20 lat, najwyższy czas żebyś kogoś znalazła.
Zaczęli się droczyć. Padło jeszcze kilka wyzwisk. Gdy już się rozkręcali, całkowicie przestawali zwracać uwagę na zewnętrzny świat. Cud, że jeszcze się nie pozabijali wzajemnie.
– Jesteś samotnym nołlajfem!
– Ty nawet nie istniejesz!
Prawdopodobnie mogliby tak do rana, gdyby ktoś nie odchrząknął znacząco za ich plecami. Oboje odwrócili się, krzycząc „Czego?!”.
Bestia uśmiechnął się zakłopotany i podrapał z tyłu głowy. Susan natychmiast przerwała dyskusję i rzuciła się, by uściskać przyjaciela.
Zatrzymał ją.
– Mam dziewczynę – powiedział. Biały ryknął śmiechem. Jednak zaraz Zielony obdarzył ją jednym ze swoich uśmiechów i rozstawił ręce.
– Dobrze cię widzieć – podszedł bliżej. I nagle znalazł się tuż za nią i mierzył w jej głowę z pistoletu, który miała schowany w pasie. Dzika determinacja płonęła w jego oczach.
Susan nawet nie drgnęła.
– Masz dość odwagi by zjawiać się w Jump City w biały dzień, Wilson. Naprawdę myślisz, że ci wybaczyłem?
Dźwięk przeładowywanego pistoletu. 17-latek o brązowych włosach sięgających mostka i zielonych oczach, ubrany w biały poszarpany kaftan bezpieczeństwa, przyłożył lufę do skroni zmiennokształtnego.
– Tknij ją, a się zabiję – wywarczał. Bestia poczuł jak aura delikatnie się ugina wbrew jego woli. Blondynka w każdej chwili mogła zrobić z jego mózgu sieczkę.
– Nie było tematu – opuścił broń. Susan uśmiechnęła się i dała znak ręką Białemu, by uczynił to samo. Nastolatek z cichym westchnieniem schował broń. Nie miał pojęcia, co planuje ta pokręcona dziewczyna.
– Więc? – spytał. – Czego ode mnie chcesz?

***

Widziałem i nie mogłem uwierzyć. Była tutaj, żywa. Spoglądała tymi złotymi oczyma na mnie, gdy podchodziłem powoli do jej łóżka, gotowa do ucieczki w każdej chwili.
– Uspokój się – powiedziałem, widząc jak drżą jej ręce. – Nic ci nie zrobię.
– Skąd wiedziałeś? – zapytała. Miała ładny głos, nie pasujący do roli płatnego zabójcy, ale była tak zdenerwowana, iż myślałem, ze zacznie piszczeć.
– Nie wiedziałem – odparłem zgodnie z prawdą. – Wysłali mnie do Wyposażonej, nie spodziewałem się zastać tutaj ciebie
Wysłali mnie do psychicznie chorej Wyposażonej. Naprawdę jest z nią aż tak źle? Za czasów gdy należała do Tytanów nie wykazywała żadnych objawów. Co na nią wpłynęło? Własna moc, praca czy Deathstroke?
Zacisnąłem pięści.Jeśli to przez niego, następnym razem jak go zobaczę osobiście mu przyłożę. Tak porządnie.
Zapoznali mnie, zanim tu wszedłem, z sytuacją osoby leżącej na sali. Straciła przytomność dwa dni temu. Podczas podłączania kroplówki wiła się w agonii, płakała i krzyczała. Wyrywała się lekarzom. Kiedy następnego dnia pielęgniarka przyszła wymienić wodę zastała ją śpiącą (lekki uspakajające) lecz na rękach miała rany jak od ciecia. Podejrzewają, że zrobiła je paznokciami. Pomyślałem wtedy, że będzie ciężko.
Teraz, gdy na nią patrzyłem, wyglądała całkiem przytomnie. Nie wątpiłem, że mogłaby mnie zaatakować, gdyby zaszła taka potrzeba, ale nie posądziłbym ją o niepoczytalność.
– Też się ciebie nie spodziewałam – odfuknęła, wyrywając mnie z zamyślenia i przerywając ciszę.
– Co robiłaś w Gotham? – zacząłem. Starałem się skierować rozmowę na inny tor i nadać jej charakter służbowy.
– Nie twój zasrany interes.
Byłem spokojny. Jeśli chciała, mogła mnie zwyzywać ile tylko chciała. To nie tak, że mnie obchodziło mnie to – niegdyś odpłaciłbym jej ze zdwojoną siłą – ale w głębi cieszyłem się. Zadziorny charakter Susan był czymś, za czym tęskniłem, nie zdając sobie z tego sprawy. Pozwoliłem jej się wyżyć.
– Spójrz na mnie – powiedziałem. Nie ruszyła się nawet o milimetr. – Nie jestem tu z własnej woli, tylko na polecenie policji.
Uniosła wzrok. Błagam, nie utrudniaj – pomyślałem – nie zachowuj się jak kryminalista.
– Policja – kontynuowałem – właśnie trzęsie się ze strachu na korytarzu. Rozumiem, że jakaś sprytna sztuczka? – zagadnąłem. Kąciki jej ust powędrowały w górę, ale nie zdradziła sekretu. – Dlatego moim obowiązkiem jest uzyskanie odpowiedzi na…
– Czekaj.
– C-co? – zauważyła jak bardzo jestem zdenerwowany? Serce biło mi tak mocno, nie wiedziałem co począć z rękami.
– Jeśli dobrze zrozumiałam, nikt w szpitalu nie wie kim jestem – Cholera, zapomniałem, że dedukcją dorównywała Robinowi. – Nie widzę wiec powodów, aby przepytywać mnie z mojej sytuacji życiowej. Jesteś tutaj na wezwanie policji, a zwykły przypadek skierował cię akurat na mnie. Więc Tytani nie znali mojego położenia. Nie możesz mnie przesłuchać w ich imieniu. Jeśli będziesz wywierać na mnie nacisk, pamiętaj, że przewyższam cię siłą umysłu.
– Wciąż nie jesteś bezpieczna. Policja w każdej chwili może się dowiedzieć o twojej tożsamości. – Widząc, że nie zamiera podejmować tematu, zamilkłem na chwilę. Nie, muszę jeszcze raz to przeanalizować. Co mam robić z tym fantem?
– Pozwól sobie pomóc – wypaliłem. Wybuchła śmiechem, jakby usłyszała dobry żart. Taa…
– Nie jestem niepełnosprawna, umiem o siebie zadbać – Już to słyszałem.
– Nie ja leżę w szpitalu.
Zamilkła.

***

Późnym wieczorem mężczyzna wyszedł na balkon. Odpalił papierosa i zaciągnął się głęboko. Miał dość, nie spał od dwóch dni. Gdzie ta cholerna łajza znowu zniknęła? Przysparza mu samych problemów.
– Hej, Izabell! Zmęczony jestem, chodźmy spać…
Wibrujący telefon, który wygrywał upierdliwą melodię, przerwał mu w pół słowa. Westchnął i spojrzał na wyświetlacz. Na ekranie jego komórki wyświetlał się nieznany numer, przez co na chwilę zastygł, wpatrując się w niego z zaciekawieniem i lekką konsternacją.
– Kto dzwoni? – kobieta znajdująca się w jego mieszkaniu spojrzała nad jego ramieniem na numer.
Wzruszył ramionami i odebrał. Skoro ktoś dzwoni o tej porze, to najwyraźniej musi to być ważne.
– Mam wiadomość – Przez usłyszenie obcego głosu, kobieta lekko zmarszczyła brwi. Mężczyzna nie przejął się tym zbytnio, ponieważ on znał jego właściciela. – Sam ocenisz czy jest dobra, czy zła.
– Do rzeczy – mruknął. Naprawdę chciał się już położyć.
– Znaleźliśmy ją.
W jednej chwili cały się spiął. W następnej już zakładał kurtkę i buty.
– Podaj adres, niedługo tam będę.
I wyszedł, nie obdarzając zdezorientowanej kochanki ani jednym spojrzeniem.

*~*~*

Przemilczę datę poprzedniego wpisu.

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii 2 years later

 

33. Family

31 sie

 Kilka dni wcześniej.

Drzwi do mieszkania otworzyły się i do środka wszedł mężczyzna około czterdziestki, z przepaską na prawym oku i siatką pełną zakupów w ręce.  Usłyszał dźwięk tłuczonych garnków i zaraz w progu stanęła blondwłosa kobieta. Złote oczy patrzyły w skupieniu, starając się rozpoznać postać, która znajdowała się przed nią.
– Tatuś! – krzyknęła i podbiegła do niego. Zarzuciła mu ręce na szyję i obdarowała długim, namiętnym pocałunkiem. Gdy była tak blisko niego, Slade zauważył liczne siniaki pokrywające jej bladą skórę.
– Znowu nie wzięłaś leków – stwierdził.
– Nie potrzebuję ich – burknęła.
– Jak widać potrzebujesz.
Złapał ją za ramiona i posadził na krześle. Wziął do ręki jedną z buteleczek pełnym leków, sprawdził etykietę i podał córce. Łyknęła kilka kapsułek.
– Połknęłaś?
– Połknęłam.
– Ostatnio wyplułaś. Otwórz buzię.
Po sprawdzeniu czy faktycznie zażyła leki, pokiwał głową z aprobatą.
– Kładź się – padło polecenie. Pamiętał, że zawsze była po nich senna i lepiej niech się porządnie wyśpi na łóżku, niż na zimnej podłodze.
Zauważył, że Susan powoli osuwa się po stoliku na posadzkę. Uderzył ją wierchem dłoni w twarz, by oprzytomniała.
– Kładź się – powtórzył ostrzejszym tonem. Przykrył ją kocem i wyszedł do kuchni. Oparł się o blat i nasłuchiwał. Nie ruszył się z miejsca, dopóki nie usłyszał równomiernego oddechu śpiącej kobiety.
Rozpakował zakupy, wyjął czyste garnki oraz patelnie i zabrał się za robienie obiadu.
Kiedy Susan się obudziła, śmiecie walające się po podłodze zniknęły, słyszała pracującą pralkę w sąsiednim pomieszczeniu, stół został przetarty i teraz stały na nim dwa talerze z pachnącą potrawką. Przetarła oczy. Kiedy to się stało? Niemożliwe, by…
Slade’a, zajętego czyszczeniem przypalonej patelni, dobiegł jej cichy, pełen pokory głos:
– Przepraszam.
– Jestem przecież twoim ojcem – odparł. – Zajmowanie się tobą należy do moich obowiązków.
Spojrzał kątem oka na chłopaka, siedzącego wygodnie w fotelu i udającego, że czyta gazetę.
– Ten gówniarz mógłby się w końcu do czegoś przydać – warknął.
Nastolatek powoli uniósł wzrok znak druku.
– Mam zadbać o jej bezpieczeństwo. W razie potrzeby oddam za nią życie. Nigdzie nie było powiedziane, że mam jeszcze zmywać te pieprzone naczynia i wynosić śmieci.
Wilson zaklął głośno, a Biały jak gdyby nigdy nic przewrócił stronę.

***

Pierwsze, co przykuło jej uwagę to oślepiająca jasność. Choć okna znajdowały się tylko na jednej ścianie, w dodatku na poziomie ulicy, światło raziło ją w oczy. Uchyliła ciężkie, masywne drzwi i weszła do środka, zasłaniając twarz ręką.
– Stań na środku – padło polecenie. Wykonała je bez wahania.
Przed nią stał jej ojciec, Slade Wilson. Trzymał dłoń na ramieniu nieznanego jej mężczyzny w podeszłym wieku, który kręcił głową na boki, zdezorientowany i przestraszony. Siedział na krześle, a oczy miał zasłonięte przepaską, ręce związane z tyłu.
Wzięła głęboki oddech, poruszała palcami. Uda ci się, nie stresuj się. Będzie dobrze – powtarzała w myślach. Czekała na znak.
– Zamknij oczy – powiedział Slade. Zamknęła. – Aurę też. Wyłącz umysł całkowicie.
Gdy miała otwartą aurę, czuła wszystkie istoty w promieniu 500 metrów. Gdyby się bardziej wysiliła, mogłaby zwiększyć zasięg, ale teraz nie o to chodziło.
Deathstroke zdjął swoje buty, by jak najciszej przedostać się do córki. Stanął za nią.
– Otwórz aurę i powiedz, gdzie jestem – usłyszała, lecz głos zdawał się dochodzić z bardzo daleka.
Zostawiając powieki zaciśnięte, wyobraziła sobie pękającą bańkę mydlaną. Jej umysł stał się jasny. Ktoś przeszedł ulicą. Starszy pan na krześle kręcił się nerwowo. Ojciec uniósł rękę do ciosu… Chwyciła go w przegubie dłoni i odwróciła się, patrząc wprost na niego. Na jego twarzy widniał ten sam szelmowski uśmiech co zawsze. Potargał jej włosy.
– A teraz właściwa część zadania – wskazał na związanego mężczyznę. – Przejmij kontrolę nad jego świadomością.
– Ale…
– Poradzisz sobie – spojrzał w jej złote oczy, dodając otuchy. – Ćwiczyłaś już przecież, prawda?
– Tak, na zwierzętach, ale na ludziach…
– Susan – jego głos naraz stał się twardy i szorstki jak papier ścierny. Wzdrygnęła się. – Zrób to.
Spróbowała. Aura mężczyzny ugięła się delikatnie.
Mentalny kontakt można było porównać do otwierania drzwi. Tato mówił jej, że w tym wymiarze, „drzwi” zwykle są otwarte i tylko „wchodzono” do czyjegoś umysłu jak do siebie. Susan, słysząc obce myśli, miała nieprzyjemne wrażenie rozdwojenia jaźni, obłąkanego wewnętrznego dialogu, choć głos szepczący w jej mózgu nosił barwę, ton i wszelkie cechy charakterystyczne głosu istoty z nią rozmawiającej.
Na ogół „drzwi” pozostawały uchylone, aura niedomknięta i można było „niechcący” podejrzeć czyjeś myśli.
Niekiedy zaś „drzwi” były wyważane wraz z futryną. Po prostu szły w mentalne drzazgi – obcy umysł wdzierał się do twojego, bez liczenia się z „prywatnością”. Teraz miała zamiar to uczynić.
Mężczyzna przed nią siedzący miał umysł zamknięty, co poczuła kiedy weszła do jego głowy.
Wyciągnęła rękę, zanurzając ją w niewidzialnej barierze. Nic. Przeszła się kawałek, chcąc obejść ją dookoła i szukała ewentualnych luk. Zamknięte na cztery spusty. Wycofała się.
– Nie potrafię – stwierdziła. Pokręciła głową dla podkreślenia swych słów.
Slade złapał ją za przegub ręki. Jęknęła. Zaciągnął ją bliżej ofiary i zmusił do położenia jej własnych dłoni na skroniach człowieka. Nie rzekł ani słowa.
Wbiła palce w barierę, chroniącą umysł. Rozwarła ją na tyle, by przedostać się do środka. Właściciel „drzwi” stał pośród jasności, w dżinsach i sportowej marynarce, palił papierosa, a przy jego butach znajdowały się niedopałki. Wokół unosił się siwy dym i czarne pasma energii.
W momencie, gdy zrobiła krok w jego stronę, skulił się. Pojawiło się pierwsze pęknięcie na barierze.
Kolejny krok. Mężczyzna zachłysnął się krwią. Odwróciła wzrok.
Kolejny. Jego ręka wykręciła się nienaturalnie. Skrzywiła się. Proszę, nie chcę iść dalej. Zrobiłam wystarczająco. Chcę stąd wyjść!
Dźwięk łamanego lodu. Spojrzała w górę. Nie ujrzała nic, ale swoje wiedziała – coraz bardziej miesza.
Kolejny. Padł na kolana, duży płat skóry zwisał z jego twarzy. Powstrzymała żółć podchodzącą jej do gardła.
Gdy już znalazła się przy nim wystarczająco blisko, by widzieć kruszące się zęby, wyglądał, jakby wyjęto z niego wszystkie kości. Obróciła się i zwymiotowała. Potem się wycofała.
Siedziała na podłodze, dysząc ciężko. Otarła pot z czoła. Przez oczami wciąż miała widok zmasakrowanego ciała.
Przeniosła wzrok na ofiarę. Zastygł w bezruchu na krześle, po brodzie ściekała mu ślina. Oczy uciekły mu w głąb czaszki. Nie żył.
Nie, poprawka. Żył. Jednak jego umysł jest już kompletną papką i był teraz niczym ugotowane warzywo.
– No, trochę przesadziłaś – skwitował Slade. Otaksował córkę wzrokiem. – Jutro powtórka, postaraj się być trochę delikatniejsza. Musimy zdobyć informacji, a do tego potrzebny jest sprawny mózg.
Odwrócił się i odszedł w stronę drzwi, jednak zatrzymał się w progu i rzucił przez ramię:
– Z Raven nie pójdzie ci tak łatwo. – I wyszedł.

***

Rozległ się dźwięk telefonu. Następnie głośne ŁUP i TRZASK, jakby zawaliła się ściana. Garfield – jedyny obecny Tytan na posterunku, bo wszyscy wyszli do pracy, miał wystarczająco paskudny dzień. Wcześnie rano mógł sobie popatrzeć na tyłek krzątającej się Rae, ale kiedy się zorientowała trzasnęła go w twarzy i tyle ją widział. Nadal miał spuchnięty policzek. Przed chwilą próbował wdrapać się na drabinę, by zdjąć z magazynu stare pudło w rupieciami. Oczywiście się wywrócił. Dlaczego nie pomyślał, by się zmienić w jakieś przydatne zwierzę? Teraz gnał na łeb, na szyję do salonu, by odebrać telefon. Cyborg… lider znaczy się (chyba nigdy nie przywyknie do nazywania do liderem, podobnie jak reszta drużyny) ustanowił zasadę, że to uprzykrzające życie urządzenie jest równoznaczne z alarmem i nie należy do ignorować.
Po jakiego grzyba udostępniał ten telefon policji? Mamy teraz dwa razy roboty…
– Titans Tower, przy telefonie Beast Boy. Słucham – powiedział, podnosząc słuchawkę.
– Mamy jedną z Wyposażonych – rozległ się głos nieznanego mu policjanta. Od kiedy istnienie meta-ludzi podano do wiadomości publicznej, tak zwykli ich nazywać. Wyposażeni. Znacznie lepsze od „odmieńców” i „dziwadeł”. – Czy możecie… No wiecie…
BB zauważył, że używa liczby mnogiej. Z grzeczności?
– Jasne – odparł niechętnie. Świetnie. Będę się musiał użerać z kolejnym wybrykiem natury. Co tym razem? Wysadzony hydrant? Lewitujący samochód? Żywa pochodnia, która topi asfalt i utrudnia ruch na drodze? – Niestety, w tej chwili nikt nie jest dostępny. Kid Flash za dwie godziny…
– To nie może czekać – przerwał mu funkcjonariusz. Coś w tonie jego głosu zjeżyło Loganowi włosy na karku.
– Rozumiem, ja przyjmuję sprawę. Gdzie się znajduje ta Wyposażona? Bo to kobieta, jak rozumiem?
– Szpital St Mary.
Szpital dla psychicznie chorych. Mam złe przeczucia, pomyślał.
– Niedługo będę – odłożył słuchawkę. Przebrał się w uniform i wystrzelił na zewnątrz. Poleciał.
Na spotkanie z dawną znajomą.

*~*~*
Nie bijcie. Znowu pisałam z dużą przerwą czasową między fragmentami i nie wyszło tak, jak planowałam.
Jutro szkoła. *śmieje się smutno, prawie z rozpaczą* Nie mam pojęcia czy coś napiszę.

I błagam, powiedzcie, że ta retrospekcja z Susan nie wyszła mi tak źle jak myślę ;_;

 
1 komentarz

Napisane w kategorii 2 years later

 

32. Piekło w naszych umysłach

12 sie

Zszedł po stopniach. Nie miał na sobie butów, więc zimno betonu było okropnie dokuczliwe. W pomieszczeniu nie znalazł żadnej lampy, jedyne źródło światła stanowiły okna na korytarzu. Zmrużył oczy, niczym krótkowidz, aby lepiej widzieć, dopóki nie przywyknie do ciemności.
Przed nim znajdowała się szyba. Położył dłoń na szkle. Po drugiej stronie tafli nikogo nie było.
Następnym wspomnieniem był smród przypalanych tkanek. Zawył, ból odbierał mu oddech i mącił zmysły.. Jednak strach przewyższał ból okaleczonego ciała. Umysł wciąż krzyczał „Czerwony alarm! Czerwony alarm”. Panikował. Kto tu jest? Co się właśnie stało? Nic nie widzę, dlaczego nic nie widzę!? Co się stało?!
Zielony promień światła rozjaśnił pomieszczenie. Niebieskie oczy rozszerzyły się w szoku. Poczuł czyjś oddech na karku. Rude włosy delikatnie muskały jego szyję. Ale nie miał odwagi się odwrócić.
– Zabiłeś mnie – jej słodki głos dotarł do niego z opóźnieniem. – Ty doprowadziłeś do mojej śmierci. Pozwól, że się odwdzięczę.
Wbiła dłoń z kulą energii w jego ciało. Wrzasnął. Obca energia paliła jego wnętrzności. Spojrzał na siebie. Nic. Żadnych śladów krwi czy ran. Jednak ból był potworny. Czuł, jak jej smukłe palce przesuwają się wewnątrz niego, szukając tego najważniejszego. Serca.
Znalazła. Uchwyciła jego serce, które dotąd bijące jak oszalałe, teraz stanęło w pół uderzenia. Użyła mocy. Spaliło się w ułamku sekundy.
Jego ciało padło na posadzkę jak ścięta kłoda.
Usłyszał jeszcze chichy szept.
– Żegnaj.

***

- Wychodzę – powiedział Cyborg. Ubrany był w szary dres, zasłaniający większość ciała, a przez ramię miał przerzucony plecak z roboczymi ubraniami na zmianę.
Jinx podeszła do niego i, stając na placach, pocałowała go w policzek.
– Miłego dnia – uśmiechnęła się doń czule. – Idź, bo się spóźnisz.
Spojrzała wymownie na zegar ścienny wskazujący 6:34. Nacisnął klamkę, jednak zatrzymał go głośny jęk obrzydzenia. Obejrzeli się oboje.
Garfield opierał się o ścianę z wykrzywioną twarzą. Obudziła go poranna krzątanina Victora i teraz obserwował tą ckliwą scenkę. Boże, mogli by się z tym choć trochę kryć, nie mieszkają tu sami…
– Nie patrz, jak ci nie pasuje – ton głosu blaszaka mówił, że jest on poirytowany dziecinnym zachowaniem przyjaciela, jednak jego oczy śmiały się wesoło.
– Kupcie mieszkanie, przeprowadźcie się i tam parujcie się do woli – odpowiedział. Vic uniósł brwi do góry. „Parujcie”?
– Myślisz, że ktoś sprzedałby mieszkanie albo dałby kredyt takim wynaturzeniom? Czarownicy o kocich oczach i pół robotowi?
– A takiemu zielonemu gremlinowi to niby tak?
Mierzyli się przez krótką chwilę spojrzeniami, by w następnej wybuchnąć śmiechem. Jinx tylko przewróciła oczami i pchnęła delikatnie Vica w stronę drzwi. Uniósł dłoń w pożegnaniu i zniknął za drzwiami.Odwróciła się do Bestii. Włosy zjeżyły mu się na karku i umknął do swojego pokoju w trybie fast.
Chociaż ta dwójka często traktowała swój wygląd jako temat do żartów, w głębi duszy myśleli jak przystosować się do życia w społeczeństwie, gdy już przyjdzie im opuścić bezpieczną wieżę. Jinx udało się to najlepiej, w końcu już od dawna myślała na poważnie o wyjściu do ludzi. Przefarbowała włosy na jasny blond, jedynie końcówki zostawiając w wściekle różowym kolorze. Wychodząc na miasto zakładała soczewki kontaktowe, by ukryć pionową źrenicę w oczach.
Czarodziejka opadła z westchnieniem na poduszki. Zbliżała się rocznica ich ślubu, niepotrzebnie się martwi. Jakoś się wszystko ułoży.
Za parę godzin mieszkańcy wieży wstaną i po kolei wychodzić będą do pracy, wtedy i ona będzie musiała się ruszyć. Obecna robota mocno dawała jej w kość. Pracowała w zakładzie fryzjerskim połączonym z kosmetycznym. Lubiła to robić, jednak szefowa była nie do zniesienia. Cyborg też nie narzekał na swoją, jednak widziała jak wracał cały zmęczony, wyprany z chęci do życia. Udało mu się coś znaleźć u jakiegoś mechanika w obskurnej dzielnicy przemysłowej. Właściciel nie zwracał uwagi na jego wygląd, a i płacił nie najgorzej . Jedynym minusem były godziny pracy, od rana do wieczora, z krótką przerwą.
Jinx usłyszała kroki na korytarzu. Raven schodziła z dachu po medytacji, więc niedługo wyjdzie. Następna będzie Terra i wieża niemal całkowicie opustoszeje. Zostanie Jinx i Bestia, który był wyjątkiem i nie miał żadnej roboty. Miał kompleksy ze swoją skórą, poza tym nigdzie by go takiego nie przyjęli. W cyrku co najwyżej. Nie żeby mu to jakoś specjalnie przeszkadzało. Mógł się wylegiwać w łóżku do południa, by następne pół dnia spędzić przed ekranem, nabijając levele. Chociaż coraz częściej zaczął kręcić się bez celu po budynku.
Dotąd tylko Nightwing i Wally opuścili wieżę na stałe. Ona też od jakiegoś rozważała tę opcję. Chciała założyć rodzinę, kupić mieszkanie, może adoptować jakiegoś kota czy psa. Ewentualnie zadowoli się rybkami.
Położyła dłoń na swoim brzuchu, uśmiechając się do siebie. Już niedługo przekaże dobrą nowinę Victorowi. Na razie musi cierpliwie czekać na jego powrót.

***

Kobieta leżała na łóżku w ciemnym pokoju, zwinięta w kłębek i dygotała z zimna. Kaloryfer był zakręcony, a żaluzje zasłonięte. Cienki t-shirt o trzy rozmiary za duży nie dawał za dużo ciepła.
– Biały, gdzie jesteś, dupku…
Chłopaka, którego obecność zależała od jej stanu, nie było przy niej.
Zsunęła nogi na podłogę, wstała i powlokła się do kuchni. Straszliwy wizg wdarł się do jej mózgu. Ból prawie zwalił ją z nóg. Potknęła się o przypaloną patelnię i stertę kartonów stojących pod ścianą. Drżącymi rękami otworzyła szafkę, wzięła plastikową buteleczkę i wysypała na dłoń kilka kapsułek. Łyknęła je i popiła wodą z kranu. Oparła się o blat i odczekała chwilę. Ustało.
– Cholera jasna…
Traciła panowanie nad swoją nocą. Powoli już wariowała. Zażywane przez nią leki łagodziły ból, ale też tępił i uszkadzał jej moce. Skakała z jednej skrajności na drugą.
Wsunęła na nogi spodnie, zarzuciła na ramiona bluzę z kapturem, założyła buty i wyszła, zamykając za sobą drzwi na klucz.
Zaczęło padać.
Szła przez miasto, unikając kamer ulicznych. Była poszukiwana przez policje, Tytanów… W obu przypadkach nie zostałaby potraktowana łagodnie. Zatrzymała się przed wystawą cukierni, zapatrzona w świeże ciasta i wypieki. Była głodna. Bardzo głodna. Weszła do środka i kupiła pączka. Ostatni posiłek jadła wczoraj z rana.
Po skonsumowaniu całego oblizała palce i wrzuciła woreczek foliowy do śmietnika. Naciągnęła kaptur na głowę i ruszyła dalej.
Weszła przez główną bramę, nad którą znajdował się zdobiony napis The Gotham Cemetery. Tutaj nie musiała się kryć. Jedynie trupy mogły ją teraz zobaczyć.
Nie, coś było nie tak. Rozejrzała się dookoła. Zobaczyła kilku ludzi stojących nad jednym z grobów. Kto normalny przychodzi na cmentarz w taką ulewę?
Znalazła ten właściwy. Był umieszczony między innymi, niczym nic nieznaczące źdźbło trawy pośród wielu. Zmówiła krótką modlitwę i zamierzała się oddalić.
Szkoda mi go… Był taki młody.
I tak go nie lubiłem.
Napięła wszystkie mięśnie. Co to było?
Głosy nasiliły się.
Jezu, ale pizga.
Czy aby na pewno zakręciłam kran?
Co ja to miałam kupić…?
To wszystko jej wina.
Czarna kawa jednak byłaby lepsza.
O co mu chodzi? Nie rozumiem go.
Chcę do domu. Zimno mi.
Znowu skoczyła mu gorączka. Musimy iść do lekarza.
Jak naprawić to cholerstwo?
Co on się tak gapi? Zboczeniec.
Nic się chyba nie stanie jak wrócę później do domu.
Piski, hałas, gwar… Wszystko to odtwarzało się w jej umyśle ze zdwojoną siłą. Upadła na kolana, łapiąc się za głowę. Boli. Cholernie boli! Otrzymywała na raz myśli ponad setki osób. Chciała wcisnąć stop. Zatrzymać to. Nie potrafiła.
Czemu leki nie działały?!
Wrzasnęła z bólu. Ludzie, stojący do tej pory przy grobie, odwrócili się w jej stronę.
Co się stało?
Człowiek zemdlał.
O mój boże, to kobieta.
Trzeba jej pomóc.
– Hej, wszystko dobrze?
– Nic ci nie jest?
– Wezwać karetkę?
Podniosła wzrok. Widziała rozmazane twarze pochylające się nad nią. Stukanie palca o ekran i dźwięk wybieranego numeru. Potem wszystko zgasło.
Zemdlała.

 
Komentarze (9)

Napisane w kategorii 2 years later