RSS
 

33. Family

31 sie

 Kilka dni wcześniej.

Drzwi do mieszkania otworzyły się i do środka wszedł mężczyzna około czterdziestki, z przepaską na prawym oku i siatką pełną zakupów w ręce.  Usłyszał dźwięk tłuczonych garnków i zaraz w progu stanęła blondwłosa kobieta. Złote oczy patrzyły w skupieniu, starając się rozpoznać postać, która znajdowała się przed nią.
– Tatuś! – krzyknęła i podbiegła do niego. Zarzuciła mu ręce na szyję i obdarowała długim, namiętnym pocałunkiem. Gdy była tak blisko niego, Slade zauważył liczne siniaki pokrywające jej bladą skórę.
– Znowu nie wzięłaś leków – stwierdził.
– Nie potrzebuję ich – burknęła.
– Jak widać potrzebujesz.
Złapał ją za ramiona i posadził na krześle. Wziął do ręki jedną z buteleczek pełnym leków, sprawdził etykietę i podał córce. Łyknęła kilka kapsułek.
– Połknęłaś?
– Połknęłam.
– Ostatnio wyplułaś. Otwórz buzię.
Po sprawdzeniu czy faktycznie zażyła leki, pokiwał głową z aprobatą.
– Kładź się – padło polecenie. Pamiętał, że zawsze była po nich senna i lepiej niech się porządnie wyśpi na łóżku, niż na zimnej podłodze.
Zauważył, że Susan powoli osuwa się po stoliku na posadzkę. Uderzył ją wierchem dłoni w twarz, by oprzytomniała.
– Kładź się – powtórzył ostrzejszym tonem. Przykrył ją kocem i wyszedł do kuchni. Oparł się o blat i nasłuchiwał. Nie ruszył się z miejsca, dopóki nie usłyszał równomiernego oddechu śpiącej kobiety.
Rozpakował zakupy, wyjął czyste garnki oraz patelnie i zabrał się za robienie obiadu.
Kiedy Susan się obudziła, śmiecie walające się po podłodze zniknęły, słyszała pracującą pralkę w sąsiednim pomieszczeniu, stół został przetarty i teraz stały na nim dwa talerze z pachnącą potrawką. Przetarła oczy. Kiedy to się stało? Niemożliwe, by…
Slade’a, zajętego czyszczeniem przypalonej patelni, dobiegł jej cichy, pełen pokory głos:
– Przepraszam.
– Jestem przecież twoim ojcem – odparł. – Zajmowanie się tobą należy do moich obowiązków.
Spojrzał kątem oka na chłopaka, siedzącego wygodnie w fotelu i udającego, że czyta gazetę.
– Ten gówniarz mógłby się w końcu do czegoś przydać – warknął.
Nastolatek powoli uniósł wzrok znak druku.
– Mam zadbać o jej bezpieczeństwo. W razie potrzeby oddam za nią życie. Nigdzie nie było powiedziane, że mam jeszcze zmywać te pieprzone naczynia i wynosić śmieci.
Wilson zaklął głośno, a Biały jak gdyby nigdy nic przewrócił stronę.

***

Pierwsze, co przykuło jej uwagę to oślepiająca jasność. Choć okna znajdowały się tylko na jednej ścianie, w dodatku na poziomie ulicy, światło raziło ją w oczy. Uchyliła ciężkie, masywne drzwi i weszła do środka, zasłaniając twarz ręką.
– Stań na środku – padło polecenie. Wykonała je bez wahania.
Przed nią stał jej ojciec, Slade Wilson. Trzymał dłoń na ramieniu nieznanego jej mężczyzny w podeszłym wieku, który kręcił głową na boki, zdezorientowany i przestraszony. Siedział na krześle, a oczy miał zasłonięte przepaską, ręce związane z tyłu.
Wzięła głęboki oddech, poruszała palcami. Uda ci się, nie stresuj się. Będzie dobrze – powtarzała w myślach. Czekała na znak.
– Zamknij oczy – powiedział Slade. Zamknęła. – Aurę też. Wyłącz umysł całkowicie.
Gdy miała otwartą aurę, czuła wszystkie istoty w promieniu 500 metrów. Gdyby się bardziej wysiliła, mogłaby zwiększyć zasięg, ale teraz nie o to chodziło.
Deathstroke zdjął swoje buty, by jak najciszej przedostać się do córki. Stanął za nią.
– Otwórz aurę i powiedz, gdzie jestem – usłyszała, lecz głos zdawał się dochodzić z bardzo daleka.
Zostawiając powieki zaciśnięte, wyobraziła sobie pękającą bańkę mydlaną. Jej umysł stał się jasny. Ktoś przeszedł ulicą. Starszy pan na krześle kręcił się nerwowo. Ojciec uniósł rękę do ciosu… Chwyciła go w przegubie dłoni i odwróciła się, patrząc wprost na niego. Na jego twarzy widniał ten sam szelmowski uśmiech co zawsze. Potargał jej włosy.
– A teraz właściwa część zadania – wskazał na związanego mężczyznę. – Przejmij kontrolę nad jego świadomością.
– Ale…
– Poradzisz sobie – spojrzał w jej złote oczy, dodając otuchy. – Ćwiczyłaś już przecież, prawda?
– Tak, na zwierzętach, ale na ludziach…
– Susan – jego głos naraz stał się twardy i szorstki jak papier ścierny. Wzdrygnęła się. – Zrób to.
Spróbowała. Aura mężczyzny ugięła się delikatnie.
Mentalny kontakt można było porównać do otwierania drzwi. Tato mówił jej, że w tym wymiarze, „drzwi” zwykle są otwarte i tylko „wchodzono” do czyjegoś umysłu jak do siebie. Susan, słysząc obce myśli, miała nieprzyjemne wrażenie rozdwojenia jaźni, obłąkanego wewnętrznego dialogu, choć głos szepczący w jej mózgu nosił barwę, ton i wszelkie cechy charakterystyczne głosu istoty z nią rozmawiającej.
Na ogół „drzwi” pozostawały uchylone, aura niedomknięta i można było „niechcący” podejrzeć czyjeś myśli.
Niekiedy zaś „drzwi” były wyważane wraz z futryną. Po prostu szły w mentalne drzazgi – obcy umysł wdzierał się do twojego, bez liczenia się z „prywatnością”. Teraz miała zamiar to uczynić.
Mężczyzna przed nią siedzący miał umysł zamknięty, co poczuła kiedy weszła do jego głowy.
Wyciągnęła rękę, zanurzając ją w niewidzialnej barierze. Nic. Przeszła się kawałek, chcąc obejść ją dookoła i szukała ewentualnych luk. Zamknięte na cztery spusty. Wycofała się.
– Nie potrafię – stwierdziła. Pokręciła głową dla podkreślenia swych słów.
Slade złapał ją za przegub ręki. Jęknęła. Zaciągnął ją bliżej ofiary i zmusił do położenia jej własnych dłoni na skroniach człowieka. Nie rzekł ani słowa.
Wbiła palce w barierę, chroniącą umysł. Rozwarła ją na tyle, by przedostać się do środka. Właściciel „drzwi” stał pośród jasności, w dżinsach i sportowej marynarce, palił papierosa, a przy jego butach znajdowały się niedopałki. Wokół unosił się siwy dym i czarne pasma energii.
W momencie, gdy zrobiła krok w jego stronę, skulił się. Pojawiło się pierwsze pęknięcie na barierze.
Kolejny krok. Mężczyzna zachłysnął się krwią. Odwróciła wzrok.
Kolejny. Jego ręka wykręciła się nienaturalnie. Skrzywiła się. Proszę, nie chcę iść dalej. Zrobiłam wystarczająco. Chcę stąd wyjść!
Dźwięk łamanego lodu. Spojrzała w górę. Nie ujrzała nic, ale swoje wiedziała – coraz bardziej miesza.
Kolejny. Padł na kolana, duży płat skóry zwisał z jego twarzy. Powstrzymała żółć podchodzącą jej do gardła.
Gdy już znalazła się przy nim wystarczająco blisko, by widzieć kruszące się zęby, wyglądał, jakby wyjęto z niego wszystkie kości. Obróciła się i zwymiotowała. Potem się wycofała.
Siedziała na podłodze, dysząc ciężko. Otarła pot z czoła. Przez oczami wciąż miała widok zmasakrowanego ciała.
Przeniosła wzrok na ofiarę. Zastygł w bezruchu na krześle, po brodzie ściekała mu ślina. Oczy uciekły mu w głąb czaszki. Nie żył.
Nie, poprawka. Żył. Jednak jego umysł jest już kompletną papką i był teraz niczym ugotowane warzywo.
– No, trochę przesadziłaś – skwitował Slade. Otaksował córkę wzrokiem. – Jutro powtórka, postaraj się być trochę delikatniejsza. Musimy zdobyć informacji, a do tego potrzebny jest sprawny mózg.
Odwrócił się i odszedł w stronę drzwi, jednak zatrzymał się w progu i rzucił przez ramię:
– Z Raven nie pójdzie ci tak łatwo. – I wyszedł.

***

Rozległ się dźwięk telefonu. Następnie głośne ŁUP i TRZASK, jakby zawaliła się ściana. Garfield – jedyny obecny Tytan na posterunku, bo wszyscy wyszli do pracy, miał wystarczająco paskudny dzień. Wcześnie rano mógł sobie popatrzeć na tyłek krzątającej się Rae, ale kiedy się zorientowała trzasnęła go w twarzy i tyle ją widział. Nadal miał spuchnięty policzek. Przed chwilą próbował wdrapać się na drabinę, by zdjąć z magazynu stare pudło w rupieciami. Oczywiście się wywrócił. Dlaczego nie pomyślał, by się zmienić w jakieś przydatne zwierzę? Teraz gnał na łeb, na szyję do salonu, by odebrać telefon. Cyborg… lider znaczy się (chyba nigdy nie przywyknie do nazywania do liderem, podobnie jak reszta drużyny) ustanowił zasadę, że to uprzykrzające życie urządzenie jest równoznaczne z alarmem i nie należy do ignorować.
Po jakiego grzyba udostępniał ten telefon policji? Mamy teraz dwa razy roboty…
– Titans Tower, przy telefonie Beast Boy. Słucham – powiedział, podnosząc słuchawkę.
– Mamy jedną z Wyposażonych – rozległ się głos nieznanego mu policjanta. Od kiedy istnienie meta-ludzi podano do wiadomości publicznej, tak zwykli ich nazywać. Wyposażeni. Znacznie lepsze od „odmieńców” i „dziwadeł”. – Czy możecie… No wiecie…
BB zauważył, że używa liczby mnogiej. Z grzeczności?
– Jasne – odparł niechętnie. Świetnie. Będę się musiał użerać z kolejnym wybrykiem natury. Co tym razem? Wysadzony hydrant? Lewitujący samochód? Żywa pochodnia, która topi asfalt i utrudnia ruch na drodze? – Niestety, w tej chwili nikt nie jest dostępny. Kid Flash za dwie godziny…
– To nie może czekać – przerwał mu funkcjonariusz. Coś w tonie jego głosu zjeżyło Loganowi włosy na karku.
– Rozumiem, ja przyjmuję sprawę. Gdzie się znajduje ta Wyposażona? Bo to kobieta, jak rozumiem?
– Szpital St Mary.
Szpital dla psychicznie chorych. Mam złe przeczucia, pomyślał.
– Niedługo będę – odłożył słuchawkę. Przebrał się w uniform i wystrzelił na zewnątrz. Poleciał.
Na spotkanie z dawną znajomą.

*~*~*
Nie bijcie. Znowu pisałam z dużą przerwą czasową między fragmentami i nie wyszło tak, jak planowałam.
Jutro szkoła. *śmieje się smutno, prawie z rozpaczą* Nie mam pojęcia czy coś napiszę.

I błagam, powiedzcie, że ta retrospekcja z Susan nie wyszła mi tak źle jak myślę ;_;

 
1 komentarz

Napisane w kategorii 2 years later

 

32. Piekło w naszych umysłach

12 sie

Zszedł po stopniach. Nie miał na sobie butów, więc zimno betonu było okropnie dokuczliwe. W pomieszczeniu nie znalazł żadnej lampy, jedyne źródło światła stanowiły okna na korytarzu. Zmrużył oczy, niczym krótkowidz, aby lepiej widzieć, dopóki nie przywyknie do ciemności.
Przed nim znajdowała się szyba. Położył dłoń na szkle. Po drugiej stronie tafli nikogo nie było.
Następnym wspomnieniem był smród przypalanych tkanek. Zawył, ból odbierał mu oddech i mącił zmysły.. Jednak strach przewyższał ból okaleczonego ciała. Umysł wciąż krzyczał „Czerwony alarm! Czerwony alarm”. Panikował. Kto tu jest? Co się właśnie stało? Nic nie widzę, dlaczego nic nie widzę!? Co się stało?!
Zielony promień światła rozjaśnił pomieszczenie. Niebieskie oczy rozszerzyły się w szoku. Poczuł czyjś oddech na karku. Rude włosy delikatnie muskały jego szyję. Ale nie miał odwagi się odwrócić.
– Zabiłeś mnie – jej słodki głos dotarł do niego z opóźnieniem. – Ty doprowadziłeś do mojej śmierci. Pozwól, że się odwdzięczę.
Wbiła dłoń z kulą energii w jego ciało. Wrzasnął. Obca energia paliła jego wnętrzności. Spojrzał na siebie. Nic. Żadnych śladów krwi czy ran. Jednak ból był potworny. Czuł, jak jej smukłe palce przesuwają się wewnątrz niego, szukając tego najważniejszego. Serca.
Znalazła. Uchwyciła jego serce, które dotąd bijące jak oszalałe, teraz stanęło w pół uderzenia. Użyła mocy. Spaliło się w ułamku sekundy.
Jego ciało padło na posadzkę jak ścięta kłoda.
Usłyszał jeszcze chichy szept.
– Żegnaj.

***

- Wychodzę – powiedział Cyborg. Ubrany był w szary dres, zasłaniający większość ciała, a przez ramię miał przerzucony plecak z roboczymi ubraniami na zmianę.
Jinx podeszła do niego i, stając na placach, pocałowała go w policzek.
– Miłego dnia – uśmiechnęła się doń czule. – Idź, bo się spóźnisz.
Spojrzała wymownie na zegar ścienny wskazujący 6:34. Nacisnął klamkę, jednak zatrzymał go głośny jęk obrzydzenia. Obejrzeli się oboje.
Garfield opierał się o ścianę z wykrzywioną twarzą. Obudziła go poranna krzątanina Victora i teraz obserwował tą ckliwą scenkę. Boże, mogli by się z tym choć trochę kryć, nie mieszkają tu sami…
– Nie patrz, jak ci nie pasuje – ton głosu blaszaka mówił, że jest on poirytowany dziecinnym zachowaniem przyjaciela, jednak jego oczy śmiały się wesoło.
– Kupcie mieszkanie, przeprowadźcie się i tam parujcie się do woli – odpowiedział. Vic uniósł brwi do góry. „Parujcie”?
– Myślisz, że ktoś sprzedałby mieszkanie albo dałby kredyt takim wynaturzeniom? Czarownicy o kocich oczach i pół robotowi?
– A takiemu zielonemu gremlinowi to niby tak?
Mierzyli się przez krótką chwilę spojrzeniami, by w następnej wybuchnąć śmiechem. Jinx tylko przewróciła oczami i pchnęła delikatnie Vica w stronę drzwi. Uniósł dłoń w pożegnaniu i zniknął za drzwiami.Odwróciła się do Bestii. Włosy zjeżyły mu się na karku i umknął do swojego pokoju w trybie fast.
Chociaż ta dwójka często traktowała swój wygląd jako temat do żartów, w głębi duszy myśleli jak przystosować się do życia w społeczeństwie, gdy już przyjdzie im opuścić bezpieczną wieżę. Jinx udało się to najlepiej, w końcu już od dawna myślała na poważnie o wyjściu do ludzi. Przefarbowała włosy na jasny blond, jedynie końcówki zostawiając w wściekle różowym kolorze. Wychodząc na miasto zakładała soczewki kontaktowe, by ukryć pionową źrenicę w oczach.
Czarodziejka opadła z westchnieniem na poduszki. Zbliżała się rocznica ich ślubu, niepotrzebnie się martwi. Jakoś się wszystko ułoży.
Za parę godzin mieszkańcy wieży wstaną i po kolei wychodzić będą do pracy, wtedy i ona będzie musiała się ruszyć. Obecna robota mocno dawała jej w kość. Pracowała w zakładzie fryzjerskim połączonym z kosmetycznym. Lubiła to robić, jednak szefowa była nie do zniesienia. Cyborg też nie narzekał na swoją, jednak widziała jak wracał cały zmęczony, wyprany z chęci do życia. Udało mu się coś znaleźć u jakiegoś mechanika w obskurnej dzielnicy przemysłowej. Właściciel nie zwracał uwagi na jego wygląd, a i płacił nie najgorzej . Jedynym minusem były godziny pracy, od rana do wieczora, z krótką przerwą.
Jinx usłyszała kroki na korytarzu. Raven schodziła z dachu po medytacji, więc niedługo wyjdzie. Następna będzie Terra i wieża niemal całkowicie opustoszeje. Zostanie Jinx i Bestia, który był wyjątkiem i nie miał żadnej roboty. Miał kompleksy ze swoją skórą, poza tym nigdzie by go takiego nie przyjęli. W cyrku co najwyżej. Nie żeby mu to jakoś specjalnie przeszkadzało. Mógł się wylegiwać w łóżku do południa, by następne pół dnia spędzić przed ekranem, nabijając levele. Chociaż coraz częściej zaczął kręcić się bez celu po budynku.
Dotąd tylko Nightwing i Wally opuścili wieżę na stałe. Ona też od jakiegoś rozważała tę opcję. Chciała założyć rodzinę, kupić mieszkanie, może adoptować jakiegoś kota czy psa. Ewentualnie zadowoli się rybkami.
Położyła dłoń na swoim brzuchu, uśmiechając się do siebie. Już niedługo przekaże dobrą nowinę Victorowi. Na razie musi cierpliwie czekać na jego powrót.

***

Kobieta leżała na łóżku w ciemnym pokoju, zwinięta w kłębek i dygotała z zimna. Kaloryfer był zakręcony, a żaluzje zasłonięte. Cienki t-shirt o trzy rozmiary za duży nie dawał za dużo ciepła.
– Biały, gdzie jesteś, dupku…
Chłopaka, którego obecność zależała od jej stanu, nie było przy niej.
Zsunęła nogi na podłogę, wstała i powlokła się do kuchni. Straszliwy wizg wdarł się do jej mózgu. Ból prawie zwalił ją z nóg. Potknęła się o przypaloną patelnię i stertę kartonów stojących pod ścianą. Drżącymi rękami otworzyła szafkę, wzięła plastikową buteleczkę i wysypała na dłoń kilka kapsułek. Łyknęła je i popiła wodą z kranu. Oparła się o blat i odczekała chwilę. Ustało.
– Cholera jasna…
Traciła panowanie nad swoją nocą. Powoli już wariowała. Zażywane przez nią leki łagodziły ból, ale też tępił i uszkadzał jej moce. Skakała z jednej skrajności na drugą.
Wsunęła na nogi spodnie, zarzuciła na ramiona bluzę z kapturem, założyła buty i wyszła, zamykając za sobą drzwi na klucz.
Zaczęło padać.
Szła przez miasto, unikając kamer ulicznych. Była poszukiwana przez policje, Tytanów… W obu przypadkach nie zostałaby potraktowana łagodnie. Zatrzymała się przed wystawą cukierni, zapatrzona w świeże ciasta i wypieki. Była głodna. Bardzo głodna. Weszła do środka i kupiła pączka. Ostatni posiłek jadła wczoraj z rana.
Po skonsumowaniu całego oblizała palce i wrzuciła woreczek foliowy do śmietnika. Naciągnęła kaptur na głowę i ruszyła dalej.
Weszła przez główną bramę, nad którą znajdował się zdobiony napis The Gotham Cemetery. Tutaj nie musiała się kryć. Jedynie trupy mogły ją teraz zobaczyć.
Nie, coś było nie tak. Rozejrzała się dookoła. Zobaczyła kilku ludzi stojących nad jednym z grobów. Kto normalny przychodzi na cmentarz w taką ulewę?
Znalazła ten właściwy. Był umieszczony między innymi, niczym nic nieznaczące źdźbło trawy pośród wielu. Zmówiła krótką modlitwę i zamierzała się oddalić.
Szkoda mi go… Był taki młody.
I tak go nie lubiłem.
Napięła wszystkie mięśnie. Co to było?
Głosy nasiliły się.
Jezu, ale pizga.
Czy aby na pewno zakręciłam kran?
Co ja to miałam kupić…?
To wszystko jej wina.
Czarna kawa jednak byłaby lepsza.
O co mu chodzi? Nie rozumiem go.
Chcę do domu. Zimno mi.
Znowu skoczyła mu gorączka. Musimy iść do lekarza.
Jak naprawić to cholerstwo?
Co on się tak gapi? Zboczeniec.
Nic się chyba nie stanie jak wrócę później do domu.
Piski, hałas, gwar… Wszystko to odtwarzało się w jej umyśle ze zdwojoną siłą. Upadła na kolana, łapiąc się za głowę. Boli. Cholernie boli! Otrzymywała na raz myśli ponad setki osób. Chciała wcisnąć stop. Zatrzymać to. Nie potrafiła.
Czemu leki nie działały?!
Wrzasnęła z bólu. Ludzie, stojący do tej pory przy grobie, odwrócili się w jej stronę.
Co się stało?
Człowiek zemdlał.
O mój boże, to kobieta.
Trzeba jej pomóc.
– Hej, wszystko dobrze?
– Nic ci nie jest?
– Wezwać karetkę?
Podniosła wzrok. Widziała rozmazane twarze pochylające się nad nią. Stukanie palca o ekran i dźwięk wybieranego numeru. Potem wszystko zgasło.
Zemdlała.

 
Komentarze (9)

Napisane w kategorii 2 years later

 

31. Skrywane emocje

02 sie

Przez okno mieszkania wpadły promienie księżyca. Kobieta, jedynie w samej bieliźnie, leżała na wznak, z rozrzuconymi rękami. Spojona winem spała głębokim, pełnym marzeń snem. Drobna pierś podnosiła się równomiernie w powolnym oddechu, co było jedyną oznaką, że żyje. Kasztanowe włosy rozsypane były po poduszce.
Richard powiódł dłonią po skórze kobiety. Dotyk jasnej, gładkiej skóry, pachnącej różanym mydłem, był na tyle przyjemny, że mężczyzna poczuł narastające pożądanie.
Ostatecznie jednak zmęczenie wzięło nad nim górę. Nie dzisiaj… – pomyślał, kładąc się obok kobiety. Objął ręką jej sylwetkę i przyciągnął do siebie, tuląc twarz do jej włosów i wdychając zapach szamponu. To wystarczyło, by ją obudzić. Mruknęła coś niezrozumiałego, rozchylając zaspane powieki.
– Richie? – zapytała półprzytomna. Nie znosił, kiedy go tak nazywała. – Co tak późno?
– Nie patrz na mnie.
Mocno zdziwiła się na te słowa. Podniosła się na łokciu, odwracając ku niemu, jednak on położył dłoń na jej głowie i wcisną w poduszkę, nie pozwalając nań spojrzeć.
– Co ty robisz? – ściągnęła brwi gniewnie, już całkowicie obudzona, zaintrygowana zachowaniem kochanka.
– Po prostu śpij – powiedział w odpowiedzi. Westchnęła zrezygnowana. Znała go już na tyle, by wiedzieć, że kiedy wraca nocą z pracy, nie warto drążyć tematu.
Na jej „dobranoc”, mruknął jedynie „mhmm”. Musi być wykończony, pomyślała. Matko, powinien przestać brać trzecią, nocną, zmianę. Potem snuje się jak mimoza po mieszkaniu i narzeka, że znowu się nie wyspał. Same utrapienie z tymi mężczyznami…
Gdy Sally zmorzył już sen, Dick wciąż nie spał. Pogrążony w myślach wpatrywał się w kobietę przed sobą. Dobrze robił? Wcale nie tak dawno dopiero się poznali. Będzie z jakiś tydzień. Całe szczęście, że Raven jeszcze się nie dowiedziała, że znów zaczął sypiać z nowo poznaną laską z klubu. Gdy pierwszy raz mu się zdarzyło zrobiła gruntowny „remont” w jego mieszkaniu. Ostatnio stała się dla niego niczym starsza siostra, mimo iż byli w tym samym wieku. W dodatku trochę nadopiekuńcza. Czasem w ogóle jej nie poznawał, tak się zmieniła. Ułożył się wygodniej, krzywiąc się. Rano będzie musiał się wytłumaczyć, na razie musi jakoś przeboleć. Świeża rana powstała na przedramieniu, opatrzona na szybko pierwszym lepszym bandażem dokuczliwie dawała o sobie znać. Co on sobie myślał, pchając się na pierwszy ogień? Czasem praca w policji go wykańcza.
Nie tyle policja, co dodatkowe hobby – napomknęło sumienie. Zignorował tę myśl.
Bo prawda była taka, że po zakończonej robocie na komendzie wyskoczył jeszcze na nocny patrol. Rozładował skumulowane emocje na paru oprychach, którzy nieudolnie próbowali dostać się do sklepu jubilerskiego. Tylko porządna jatka mogła go ostatnio rozluźnić. Zaczęło go to niepokoić. Zakładanie stroju niebieskim orłem na piersi każdego wieczoru weszło w jego nawyk. Nie wyobrażał sobie życia bez tego dreszczyku emocji.
Uzależnił się od tego.

***

Nigdy nie udało się nam znaleźć ciała.
Nigdy nie zorganizowaliśmy pogrzebu. Nie mogliśmy pochować pustej trumny.
Nawet gdy poznaliśmy jej prawdziwe imię.

Wieści szybko się rozchodzą. Jednak nie spodziewaliśmy się, że dotrą aż na inną planetę, oddaloną o miliardy lat świetlnych od Ziemi.
Gdy tylko rozbrzmiał alarm, wszyscy rzucili się do głównego komputera, gdzie przechwycone z ulicznych kamer nagrania wyświetlały się właśnie na ekranie. Widok był porażający. Doszczętnie zniszczony budynek. Ludzie rozbiegający się w różne strony w panice, co odważniejsi stali w bezpiecznej odległości i nagrywani telefonami całe zajście. Płacz dziecka. Czyjś porzucony samochód płonął żywym ogniem. Jedna kamera została zniszczona.
– Co tak stoicie? – krzyk lidera wyrwał nas z osłupienia. Właśnie przypiął pas i skończył zakładać buty. – Ruchy, mamy robotę!
– Domyślasz się kto to może być? – zapytałem, bezpieczny na tylnym siedzeniu samochodu, kiedy już zbliżaliśmy się na miejsce.
– Mam pewne podejrzenia – głos Robina popłynął z głośników. Był przynajmniej jedną przecznicę przed nami. – Nie chcę nikogo wskazywać, dopóki…
Urwał, a następnie usłyszeliśmy pisk opon.

Mieliśmy znaleźć się przy nim za dwie sekundy.
Zobaczymy obraz trawionego płomieniami miasta za sześć sekund.
Oszacowanie szkód i możliwych rannych zajmie nam trzydzieści sekund.
Zrobimy unik przed nadlatującą latarnią za trzydzieści pięć sekund.
Cyborg zapyta o wytyczne za pięćdziesiąt dwie sekundy. Robin nie odpowie.
Zorientujemy się w co tak tępo wpatrywał się lider za sześćdziesiąt sekund.
Promieniujący mocą kosmita o włosach długich i czerwonych jak wchodzące słońce, z mocno opaloną skórą i oczami w kolorze soczystej zieleni ukarze się wśród chmury pyłu za sześćdziesiąt dwie sekundy.
W jego dłoni pojawi się kula energii i uderzy w nas za …
Rozpoczniemy walkę za …

- Niech żadne z was się nie rusza! – syknął Robin, nawet na nas nie spoglądając. Oczy miał utkwione w postaci przed sobą. – Raven, w razie czego osłaniaj. Nie wiemy jakie ma zamiary. Wszyscy mają być gotowy do walki. Na mój znak atakować. Teraz ani drgnij.
Wydał rozkazy bez zbędnych szczegółów, prosto i zwięźle, niczym dowódca żołnierzom. Choć nasza drużyna straciła niedawno dwóch cennych członków i niektórzy wciąż byli przybici, stawiliśmy się wszyscy. Cyborg, Terra, Raven, Kid Flash, Jinx, Robcio oraz ja. Uzbrojeni w moce, różnego rodzaju bronie i własne umiejętności stanęliśmy w pozycjach ofensywnych.
Lider wyszedł nieznajomemu naprzeciw i uniósł ręce na wysokość barków, informując go o naszych pokojowych zamiarach. W takich chwilach jak te wydawał się wręcz emanować spokojem, lecz doskonale zdawałem sobie sprawę, że jest równie zdenerwowany co ja.
Naszym przeciwnikiem był Tamaranin.
– Mówisz po angielsku? – zapytał, podnosząc ton głosu, by być słyszalnym dla stojącego kilkadziesiąt metrów dalej kosmity. Tamten przytaknął, nie spuszczając z oczu Robina. Wow, rozumie co się do niego mówi, a mimo to nadal szaleje, niczym byk na korridzie? Starfire zareagowała zupełnie inaczej… Szelmowski uśmiech wypełzł na moją zieloną twarz (chociaż w takiej sytuacji nie powinienem się śmiać). Więc może chodziło jej o sam pocałunek z liderem?
– Nie chcemy cię skrzywdzić – kontynuował Robin. Zmniejszył dystans dzielący go od przybysza. – W imieniu obywateli miasta proszę Cię, zaprzestań destrukcji centrum. Chcemy znać twoje intencje.
Najwyraźniej zrozumiał. Zielona kula energii zgasła, choć Bóg mi świadkiem, że jeszcze chwilę temu był gotów wycelować nią w Robina. Odetchnęliśmy z ulgą, choć wiedzieliśmy, że to jeszcze nie koniec.
– Przybyłem potwierdzić informacje – odezwał się w końcu. Aha, i dlatego rozwaliłeś pół dzielnicy. Zasługujesz na medal. – Doszły nas słuchy, iż księżniczka Koriand’r  jest martwa. Czy to prawda?
Przybysz przewiercał wzrokiem lidera, a do nas docierały jego słowa. Księżniczka Koriand’r. Chodzi mu o Star…?
– Robin, wiedziałeś o tym? – nie odpowiedział na moje pytanie.
– Raven – zwrócił sie do Azarath’ki – przenieś nas. Nie możemy tutaj rozmawiać.
Miał na myśli radiowozy JCPD (Jump City Police Department), czające się w bocznych uliczkach, oraz tłum gapiów z telefonami.
Miałem wrażenie, że rozumieją się bez słów. Naraz otoczył nas czarny cień, temperatura obniżyła się o jakieś 10 stopni i kiedy znów nastała jasność znajdowaliśmy się w opuszczonym bloku mieszkalnym, przeznaczonym do rozbiórki. Nie było tu nic prócz gruzu i wybitych okien.
Tamaranin znów stał gotowy do walki. Zielone oczy świeciły się jadowicie.
– Uspokój się – w głosie Robina nie było już tego pobłażliwego tonu co przed chwilą. – Nie jesteśmy twoimi wrogami. Odpowiem na twoje pytanie, kiedy ty odpowiedz na nasze. Kto cię przysłał?
– Jestem tu z polecenia króla Myand’r'a, obecnego władcy Tamaranu i ojca księżniczki Koriand’r. Polecono mi sprawdzić, czy księżniczka faktycznie nie żyje. Ponoć zamieszkiwała to miasto.
– …ak. Nie żyje – głos miał szorstki jak papier ścierny. Nie było mu łatwo mówić o śmierci jego miłości. To wiedzieliśmy na pewno. Nikomu nie było łatwo.
– Rozumiem - kosmita położył dłoń na rękojeści miecza, znajdującego się przy pasie – Wy ją zabiliście?
Ciało lidera drgnęło, zacisnął palce w pięść.
– Jeszcze raz rzucisz takim oszczerstwem, a własnoręcznie cię ukatrupię – wycedził przez zęby.
Zalśniła klinga. Robin sparował cios swoim metalowym kijkiem. Stęknął z wysiłku. Kosmita naparł mocniej i odepchnął przeciwnika na odległość kilku metrów. Na twarzy lidera pojawił się grymas niezadowolenia pomieszanego z gniewem. Jest źle. Bardzo źle.
Tamaranin skoczył ku Robinowi, wprowadzając cios. Bronie zderzyły się w powietrzu. Wziął rozmach i…. Czarna energia odepchnęła ich obydwu. Między nimi stała Raven trzymając ich na wyciągnięcie ramion.
– Nie zachowujcie się jak dzieci. Twierdzisz, że masz pokojowe zamiary, ale czyny wskazują co innego – mówiła do obcego. – A ty – zwróciła oczy na Robina – przestań traktować byle okazję jako powód do bójki. Jest od ciebie przynajmniej dziesięć razy silniejszy, nie pokonasz go w zwykłym pojedynku, co najwyżej połamiesz sobie kości.
Jakby na potwierdzenie tych słów, lider kaszlnął krwią. Przy poprzednim upadku musiał obić sobie płuca. Rzuciliśmy się do pomocy, jednak zbył nas machnięciem ręki.
– Ty – znów skupiła się na kosmicie – jak masz na imię?
– Arin – odparł bez wahania. Czyżby darzył Raven większym respektem od Robina?
– Dobrze więc, Arin. Żeby nie było nieporozumień: twoja księżniczka została zamordowana i to nie my przyłożyliśmy do tego rękę. Nie wiemy gdzie jest ciało. Uprzedzając następne pytanie: szukaliśmy. Czy to wszystko?
Przytaknął.
– Dziękuję. I… przepraszam za przysporzone problemy.
Odpowiedziała mu skinieniem głowy.
Nie siląc się na dalsze uprzejmości podszedł do okna pozbawionego szyby, by następnie wyskoczyć przez nie i odlecieć w nieznanym nam kierunku. Wszyscy odetchnęliśmy z nieskrywaną ulgą.
I tyle? Po to przebył miliardy lat świetlnych? By powojować sobie z liderem, zadać parę pytań i najzwyczajniej w świecie odlecieć z powrotem? Nigdy nie zrozumiem kosmitów.
– Terra, Cyborg, Kid Flash – znów usłyszeliśmy opanowany głos Robina. Wywołana trójka podeszła do niego. – Chciałbym, żebyście pomogli w sprzątaniu zniszczonej dzielnicy. Chociaż będzie tam mnóstwo jednostek policji, straży pożarnej i karetek szkody są na tyle duże, że pewnie ciągle jest mnóstwo roboty. Wytłumaczcie jakoś sytuację. Raven – dziewczyna odwróciła głowę od okna – odleciał?
Mógłbym przysiąc, że przez jej twarz przemknął cień uśmiechu.
– Już jest poza atmosferą.
– Dobrze – schował trzymany kij, już nieco uszczerbiony, do paska i zarządził odwrót.
Czułem się bezużyteczny. Chciałem coś zrobić, nawet mimo protestów lidera, ale podczas walki stałem jak sparaliżowany. Byłem przygnębiony z tego powodu.
Spojrzałem na lidera. Tamten Tamaranin wywlókł na wierzch temat śmierci rudej, dlatego też niepokoiło mnie zachowanie Robina, ale wydawał się być niewzruszony. Może już się pogodził?
Niee, nigdy się nie pogodzi. Tak jak będzie ścigał Slade’a i Ligę Zabójców dopóki żądza zemsty nie osłabnie.

 

*~*~*
Dlatego nie lubię pisać na raty. Bo potem wychodzi… takie coś. Wiem, zakończenie kijowe, ale musicie przeboleć.

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii 2 years later

 

30. So, this is your fall

17 cze

Garfield wpychał w siebie kolejną kanapkę z dżemem śliwkowym, gdy Rachel tymczasem po raz enty zaczyna mieszać swoją dawno wystygłą herbatę.
Temat Richarda nie wychodził jej z głowy. Miała wrażenie, że im bardziej starała się zapomnieć, tym bardziej dręczy on jej umysł.
Zerknęła ukradkiem na uszczęśliwionego Logana. Skąd ten chudy człowieczek ma w sobie taki apetyt? Czy jego organizm ma naprawdę aż tyle miejsca, aby pomieścić w sobie siedem kanapek z dżemem ociekającym niezdrowym cukrem?
W pomieszczeniu nagle rozległ się dzwonek telefonu, który skutecznie wyrwał ją z trywialnych przemyśleń na temat żywienia.
Na wyświetlaczu wyświetlał się numer Cyborga.
– Hej – powiedziała krótko.
Po drugiej stronie niemal natychmiastowo rozległ się głos mężczyzny:
– Raven. Czy mogłabyś mi coś podrzucić? Jestem akurat na tej cholernej wyspie z tym cholernym wulkanem i trochę daleko mam do wieży, a Jinx dostanie nerwicy, jeśli nie otrzyma tego w przeciągu godziny.
Chciałeś się żenić, to teraz sobie radź, pomyślała, jednak mimo wszystko powiedziała:
– Co konkretnie?
– W moim pokoju na komodzie obok klucza ampulowego jest plik zszytych ze sobą dokumentów. No i jeszcze…
– Co? Vic? – nie usłyszawszy żadnych konkretnych słów, zapytała raz jeszcze: – Cyborg, coś jeszcze?
Wahał się przed udzieleniem odpowiedzi, co zauważyła mimo dzielącej ich odległości. Jezu, ma 24 lata, czego on się tak wstydzi?
Stone odchrząknął.
– W łazience na piętrze jest torebka Jinx. Błagam, tylko szybko, bo ona mnie ukatrupi!

***

Kobieta po 40-stce wpadła na szpitalny korytarz, półprzytomna ze zmęczenia i strachu. Obcasy butów stukały o zielone linoleum. Torebka zsunęła jej się z ramienia i zawisła teraz na przegubie ręki. Zziajana rozglądała się po numerach sali. Poślizgnęła się na sterylnie czystej podłodze, o mało nie tracąc równowagi. Czekający na nią nastolatek siedział na krzesełku pod ścianą. Ze zwieszonymi ramionami, dłońmi i twarzą czarnymi od zakrzepłej krwi, której nie przyszło mu do głowy zmyć, sam wyglądał jak ofiara wypadku.
Nie podniósł głowy, słysząc szybkie kroki.
Musiała szarpnąć go za ramię, by na nią spojrzał.
– Żyje? – tylko tyle chciała wiedzieć.
– Jest tam – wskazał zamknięte drzwi intensywnej opieki medycznie, wymigując się od udzielenia jednoznacznej odpowiedzi. – Powiedziałem, że jestem jej bratem. Obiecali powiadomić mnie, jakby…
Już go nie słuchała. Zadbał o jej skarb, za co była mu dozgonnie wdzięczna, jednak teraz najważniejsza była ta mała istota spoczywająca na jednym z czterech łóżek za szklaną taflą.
– Moja córeczka – podniosła dłoń do ust w geście szoku i niedowierzania. Na łóżku, spowita bandażami i opleciona przewodami aparatury podtrzymującej życie leżała 11-letnia dziewczynka, walcząca o życie.
Obserwująca zapłakaną matkę jasnowłosa dziewczyna wycofała się w głąb korytarza. Popatrzyła na załamanego chłopaka. Nie wydał mnie – to było pierwsze o czym pomyślała, odkąd znaleźli się w tym miejscu. Na jej bladej buzi pojawił się słaby uśmiech zwycięzcy.
A Robin tylko na to czekał.
Mogło się wydawać, że nie reaguje na żadne bodźce z otoczenia, jednak cały czas bacznie obserwował dziewczynę. I czekał aż przestanie czuć się zagrożona, nabierze pewności siebie i będzie chciała zwiać.
Susan drgnęła, wyczuwając zmianę, niemal niezauważalną, w emocjach lidera. Pojąwszy swój błąd, zaczęła się cofać w stronę drzwi, nad którymi żarzył się napis EXIT. Zrobiła w tył zwrot i wybiegła na schody. Robin zerwał się z miejsca i ruszył za nią.
Znajdując się już na zewnątrz, Susan przeskoczyła przez stopnie i wpadła w kałużę, przełamując cienki lód i rozbryzgując dookoła krople brudnej wody, ochlapując siebie przy okazji.
Dźwięk uchylanych ciężkich drzwi. Krzyk Graysona. Po twarzy spłynęła jej kropelka potu. Uciekała, na oślep, mijając pojedynczych ludzi, śpieszących do domu. W końcu dotarła na pustą przestrzeń pól i czystego strumienia płynącego żwirowym korytem. Prawie nie zwolniła kroku. Weszła do wody, zanurzając się po kolana w lodowatym nurcie.
- Susan!
Jej przemoczone ciuchu były tak zimne, że aż parzyły. Ciało drżało, z ust wydobywała się biała para wodna. Śnieg zaskrzypiał pod ciężkimi krokami 18-latka.
To wszystko wydało jej się takie zabawne.
Robina tylko to jeszcze bardziej rozwścieczyło. Złapał przedramię dziewczyny i szarpnął, wyciągając ją na brzeg.
- Śmieszy cię to? – jego głos ociekał jadem. – Zadowolona jesteś z tego co zrobiłaś?
- Boli – poskarżyła się. On jeszcze mocniej zacisnął palce na jej ręce. Nie musiała czytać mu w myślach, żeby wiedzieć, że ledwo panuje nad chęcią mordu.
- Widziałaś w jakim jest stanie? – wysyczał. – Jest sparaliżowana od pasa w dół. Już nigdy nie będzie chodzić. Ledwo żyje, a ty się cieszysz?!
- Ale żyje. Nie zabiłam jej przecież
- A mało brakowało! Nie czujesz żadnych wyrzutów sumienia?
Czuła. Za każdym razem. Lecz co mogła poradzić? Na tym polegała jej praca – by spełniać zachcianki tych, którzy nie chcą sobie ubrudzić rąk. To jej wina, że tym razem padło na córkę jakiegoś wpływowego mafioza? Czy to ona wybrała ją na ofiarę? Po prostu wykonywała swoją pracę.

– Nie wiem co teraz z tobą mam, kurwa, zrobić. Po prostu nie wiem. Jeśli media dowiedzą się, że członek Tytanów był zamieszany w zabójstwo krewnej jednego z trzech najbardziej wpływowych ludzi w kraju, już po nas.
– Przykro mi, że tak się przejmujesz opinią publiczną!
– I powinno! – krzyknął jej prosto w twarz. – Mnie też jest przykro, bo nie mogę pozwolić by niedoszła morderczyni należała do Tytanów. Ciesz się przynajmniej, że nie wpakowałem cię za kratki!
Susan zamrugała.
– To znaczy…
– Tak. Oficjalnie wylatujesz z drużyny.
Słowa lidera wywarły u niej niemałe zdziwienie i wyryły się w jej umyśle. Wiedziała co to oznacza – niedługo zmienią wszystkie hasła i kody zabezpieczeń. Jak Bestia się wygada o jej mocy, znajdą jakiś sposób by uniknąć nieświadomych kretów. Cały jej wysiłek legnie w gruzach. Tyle czasu męczyła się by poznać naturę każdego z osobna, zdolności, ich ograniczenia… Wszystko. To nie tak, że nie zdobyła żadnych cennych informacji. Wprost przeciwnie – miała ich wystarczająco dużo, by doprowadzić do zniszczenia Tytanów. Tyle że… może… się do nich przywiązała?
Ta myśl poraziła ją tak bardzo, że wydała jej się wprost absurdalna. Zaczęła się śmiać. I nie był to przyjemny śmiech.

Robin zataił całą sprawę, a Tytanom powiedział, że Susan sama odeszła z zespołu.
Dwa tygodnie przed tragiczną śmiercią Starfire.

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii 2 years later

 

# Notka organizacyjna! – part two

08 cze

Pamięta ktoś jeszcze listopadową „ankietę” dotyczącą paringów?

Jak nie, to porzucam pisanie posta i wracam do łóżka.

Jak tak… eh.

Tutaj macie wyniki, jeśli kogoś interesują. Brałam pod uwagę tylko jasno wyrażone chęci, np. „Nie rób BBRae!!!!” (tak, o tobie mowa, ty, która to napisałaś) lub „bb rae i robstar ever”.

BBRae:
Za: 3 głosy
Przeciw: 3 głosy
BBTerra:
Za: 2 głos
Przeciw: 2 głosy
RobStar (teraz to jakoś średnio ma znaczenie, nie?) :
Za: 3 głosy
Przeciw: brak
RobRae:
Za: 4 głosy
Przeciw: 1 głos

Liczba głosujących: 9 osób.

Beast Boy… Przykro mi, zawiedzeni fani Terry (mówię tu także o sobie), ale starcie wygrała Raven.
Boy Wonder aka Robin, aktualnie Nightwing (uups, spoiler) aka Richard – cholera jedna wie. Znów wygrała Rae, ale nie było protestów o Stafire, która, nawiasem mówiąc, is dead.
Walić to. Dick będzie playboy’em, flirtującym ze wszystkim, co ma dziurę między nogami. Najwyżej zobaczymy jak to się dalej rozwinie, a wtedy zastanowimy się z kim go tu zeswatać.

Koniec zebrania. Można się rozejść. Dziękuję, dobranoc.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Notki okolicznościowe